Rezerwacja online

NIE  MA  TO  JAK  HOUSEBOAT!

Jest  w  Bydgoszczy  od  jakiegoś  czasu super  atrakcja !!!

Jeśli  choc  troche  lubi  się  wodę,  przygody,  piękne  widoki ,robienie  kapitalnych  zdjęć, moczenie  kija  albo  nóg  w  wodzie…a  poza  tym  ceni  się oryginalność,   komfort, wygodę, elegancję i   święty  spokój…a  nie  koniecznie  marzy  się  od  razu o tygodniowym   rejsie  transatlantykiem,  to  można  wynająć  sobie  super  komfortowa  barkę…taki  pływający  dom..np  na  weekend!

Zabawa  z  takim  pływaniem  po  miescie i  poza  nim  jest  kapitalną  formą  spędzania  czasu no i   świetnym- super  odjazdowym  do  tego  ruchomym  miejscem spotkań  z  przyjaciółmi!

Można  mieć  niezłą  frajdę kręcąc  się  tylko  w  pobliżu  Wyspy  Młyńskiej,  Rybiego  rynku i  przy  hotelu  Słoneczny  Młyn,  wyłażąc  na  brzeg  w  tych  miejscach i  poza  rozejrzeniem  się  po  okolicymożna  przy  okazji  zwiedzić  oryginalny  budynek  muzeum  sztuki  współczesnej,  albo  urokliwy domek  z  malarstwem Wyczółkowskiego na  wyspie  młyńskiej.  Na  Rybim  Rynku  można  zacumować  przy  spichrzach w  sąsiedztwie  barek-pabów,  gdzie  można  strzelic  sobie  piwko (  nie  zalecane  dla  kapitana,  ale  majtki  mogą  sobie  golnąć).  Z  kolei  przy  hotel  Słoneczny  Młyn  jest  fajny  pomost  z  kładeczką,  bardzo  wygodny  dla  żeglarzy-laików,  bo  nie  tylko łatwo  tam  przybić,  ale  też można  pobiesiadować  i  pokawkowac  na  pięknym  tarasie  mając  łajbę  cały  czas  na  oku! Jeszcze  większą    gratką  z  pewnościa  jest  pokonywanie  śluz,  (których  w  Bydzi  jest  pod  dostatkiem) właśnie   tym  DOMEM  NA  WODZIE!

Odważniejszym  polecam  też  wybranie  się  do  Brdyujścia i  obejrzenie  toru  regatowego!

A  jak  ktos  już  poczuje  się  na  tym  hous-boat  tak  jak  my  po  2  dniach  na  nim  spędzonych,  czyli  jak  przysłowiowe  ryby  w  wodzie., .to  polecam  kilkudniowa  wyprawę  do  mariny  w  Nakle… Sama jak .na  razie  to  tylko  o  tym  marzę,  bo   się  o  tym  naczytałąm,  o  rozlewiskach  Noteci,  o  urokliwych  zakątkach,  o  ślicznych  widoczkach  i  milusich  zwierzakach  które  można  podglądać  z  wody,  ale  kurna  Olek..nie  mam  jeszcze  urlopu.  Natomiast    mam  z  pewnościa    straszna  ochotę  by wybrac  się  włąśnie  tymi  śluzami  do  Nakła! Mam  nadzieję  ze  wkrótce  nam  to  wyjdzie,  bo  ostatnio  sami  sobie  zrobiliśmy  niedzwiedzią  przysługę, bo   przez  te  nasze  zachwyty,  achy i  ochy….terminy  wynajęcia  łodzi  sa  już  tak  przerzedzone  jak  włosy  mojego  mężunia  na  głowie!!!!

 

Frajdę  w  postaci  wynajęcia,  czyli  wyczarterowania  tej  eleganckiej  i  przestronnej  łodzi  na  weekend  może  sprawić  sobie  absolutnie  każdy  średnio  rozgarniety  człowiek  w  wieku  od  18  do  100  lat.

Pływanie  nią  nie  nastręcza  zadnych  trudności i   nie  wymaga ani   specjalnych  umiejętności,  ani uprawnień  czy  patentów . Każdy  wesoły  i  otwarty  na  przygody   człowiek  świetnie  sobie  z  tym  sprzętem  poradzi.  To  pewne  bo  skoro  poradziłam  sobie  ja  Lucynka-stary  cykor, beztroski   kawalarz, niepowazny huncwot i obibok,  który  nie  lubi  się  przepracowywać…to  znaczy  ze  sprawa  jest  na  serio  prosta,  lekka i  przyjemna!!!

Jestem  zachwycona i  strasznie  się  cieszę  ze  cos  tak  extrararownego  jest  i  to  nie  na  drugim  końcu  świata  tylko  W  NASZEJ  BYDZI!!!

BARKA  2012-06-30

Ale  jajca…  jest  piękna…upalna sobota….o  przepraszam  była!  Jeszcze   jakieś 10  minut  temu  gdy  pan  Mirek  opowiadał  nam  pokrótce  co  i  jak …(tzn  gdzie  jest  ster,  a  gdzie  „ogon”,  co  to  takiego  kotwica i   inne  szczegóły  z  serii  JAK  ZOSTAC  WILKIEM  MORSKIM)..a  tu  się  nagle  pogoda  SPSIŁA!  Nie  wiadomo  skąd  przygnało  wicher  arktyczny,  chmury  jak  Godzille i  burzę  z  piorunami.  Może  troche  przesadzam,  ale  jaak  nie  powieje i  popchnie  nas  na  środek  rzeki,  jak  deszczysko  nie  zatnie  i  zmoczy  mi  wspaniałą  marynarska  czapke  z  daszkiem  z  napisem  kapitan,  zakupiona  w  Kołobrzegu  na  straganie  przy  latarni….to  na  moment  stracilismy  cały  animusz!   Na  szczęscie  w  5  minut  gdy  tak  nami  miotało…a  i  my  się  miotalismy :  zawracać?  Nie  zawracać?.Dzwonic  do  pana  Mirka?  Nie  dzwonić?  Nadawać  morsem  SOS, czy  może  jeszcze  nie? I  wtedy  .dostrzeglismy  policyjna  motorówkę  przy  brzegu.

Zatem  po  dziesięciu  minutach  zmagania  się  z  wiatrem  w  oczy,  chmurami  jak  góry i  piorunami  jak  smoki…..dobilismy  na  przekór  wszystkiemu  do  brzegu…tuż    za  …motorówka…policyjną. Ona  już  tam  stała,    i  wcale  nie  miała  włączonego  koguta i  zupełnie  nam  nie  wygrazała…po  prostu  stała  sobie  rekreacyjnie…

Zatem  nie  wiele  mysląc,  bo  skoro  niebiescy  zaparkowali  dopiero  co,  to i  my  damy  radę!  A  zatem obraliśmy  za  cel i   kierunek  nabrzeże  ,gdzie  stała  miotana  falą  smerfna motorówa . Pomysł  okazał  się  dobry,  bo  przy  takim  wietrze  i  w  burzy  chyba  nie  jest  zbyt  dobrym  pomysłem  siłowanie  się  z  wiatrem i  płynięcie  na  przekór  burzy.  Zatem  wyjątkowo  zachowaliśmy  się  logicznie i  rozsądnie,  co  tak  normalnie  rzadko  nam się  zdarza…..Zacumowalismy  obok  motorówki.  Nadal  nie  bardzo  pamiętam  jak  to  się  nam  udało.  Zwłaszcza  ze  gdy  zbliżyliśmy  się  na  odległośc  metra  od  brzegu i Kuba  polecił  mi  skakac  na brzeg  z  liną i  jak  najszybciej  umocowac  ją  do  czegoś  na  brzegu…,..ogarnęła  mnie  dzika  panika. Pomyślałam   ze  jak  wyskocze  z  łodzi  to  z  pewnościa  wpakuję  się  do  wody,  a  nie  na  nabrzeże no i  będę  cała  ogloniona  od  rzęsy  na  wodzie,  a  ja  przeciez  mam  piękne  białe  marynarskie  spodenki,  śliczne  białe  kozaczki,  piekną  koszulke  w  pasy  biało-granatowe z  kotwicą, no  i  czapkę  kapitana!    O  białych  , czadowych, skórzanych  rękawiczkach  bez  palców  nie  wspominając. Pomyślałam  sobie  :  co  to  , to  nie!  Nigdzie  nie  skaczę!  Niech  ten  mój  Kuba  nie  będzie  taki  mądrala i  nie  każe  mi   wykonywac  zawsze  czarnej  roboty.  Uparłam  się  ze  ja  go  zastąpie  przy  sterze,  a  On  niech  sobie  skacze  z  ta  liną  i  zawiązuje  ją  na  czym  i  jak  chce!  Wzniósł  tylko  oczy  do  nieba i  wyskoczył,  ku  mojej  rozpaczy  nie  potknąwszy  się  ,  nie  zmoczywszy  się  i  nie  uszuszwoliwszy  się  rzęsą ani   innymi  glonami  z  rzeki.

Czulismy  się  jednak  nader  bezpiecznie…wcale  nie dlatego,   ze  już  nie  kapało nam  na  głowe i   nie  dlatego, ze  staliśmy , a  nie  miotało  już  nami  zygzakiem  od  brzegu  do  brzegu,  ale  bardziej  ze  względu  na  urocze  sąsiedztwo  policyjnej  motorówki!!!!

Zatem  czując  już  niemal  grunt  pod  nogami,  bo  w  końcu  jeden  koniec  lódki  był  już  zacumowany….pobiegłam  rączo  udając  bohaterkę  do  tyłu.  Zwiewnie  wysiadłam  na  nabrzeże i  zaczęłam  uwiązywac  druga  linę  łodzi do  drzewka….Niestety  drzewko  nie  bardzo  chciało  współpracować  bo  okazało  się  krzakiem  agrestu i  nie  dośc  ze  mnie  pokłuło, to  jeszcze  mój  oficr  nawigacyjny  orzekł  ze  z  pewnościa  nie  jest  to  drzewo  tylko  kawał  patyka  z  listkami i  absolutnie  nie  nadaje  się  do  cumowania….  Znalazł  się  mądrala…. Kiedy  Kuba  rozgladał  się  za  czymś  do  czego  moznaby  przywiązac  druga  linę,  ja  jak  zwykle  niepoprawna  optymistka,  przywiązałam  druga  linę  do  motorówki  policjantów…co  nie  wiedzieć  czemu  tez  nie  spodobało  się  Kubie.  Doszłam  wówczas  do  wniosku,  ze  musze  koniecznie  zmienić  załogę,  bo  ten  majtek  od  cumowania,  który  ze  mną  płynął-  mój  mąż  zupełnie  się  nie  nadawał.W  końcu  ja  jako  kapitan i  zona  powinnam  siedzieć  w  wygodnym  fotelu  przy  sterze,  oczywiście  nie  w  celu  kierowania  statkiem  tylko  w celu  „ładnie  wygladania  na  zdjęciach”  a  On  powinien  wykonywac  wszystkie  niezbędne  czynności  należące  do  załogi.  Przeciez  czapkę  kapitańska  miałam  tylko  ja,  więc  co  tu  dyskutowac  do  kogo  jakie  czynności  należały???.

W końcu  udało  nam  się  jakos  powiązać  obie  liny  w   węzły,  chyba  bardzo  skomplikowane i  nikomu  dotąd  nie  znane,  bo  jak  na  chwile  wyszedł  jednen  z  panów  policjantów-patrolujących  pewnie  tą  motorówką rzekę….wybuchnął  niesamowitym,  szczerym,  głośnym   śmiechem  spojrzawszy  na  nasze  węzły, (  a  dokładniej  na  mój  węzeł  tzw  na  okrętkę).  Najwidoczniej  mój  węzeł  tak  mu  się  spodobał,  ze  poleciał  po  aparat  fotograficzny  i  głośno  cos  pokazując  swoim  kolegom  fotografował  go  zawzięcie….  Jak  nic , zobaczę  jeszcze  moje  dzieło  na  jakims  nagrodzonym  zdjęciu  marynistycznym…Wszystko  to  oczywiście   odbywało  się   znów w  pełnym  slonku,  bo  zaaferowani  uwiązywaniem  statku  nie  zauważyliśmy  jak  burza  gdzies  zniknęła i  znów  wyszło  słonko.  Tak  samo  poszła  szybko  jak  ni  stąd  ni  zowąd  się  pojawiła….no i  ledwo  zeszłam  na  ląd , a  już  trzeba  było  zwijać  linę i  wracac  na  pokłąd.  Zwinąc  line  nadzwyczaj  łatwo  mi  się  udało,  bo  lina  sprawiała  wrażenie  raczej  nie  bardzo  skrępowanej. Zatem  łatwo  odczepiłam  naszą  barke  od  motorówy  policyjnej, Tyle  ze  nie  raczyłam  jej  porządnie  zwinąć i  wywaliłam  się  przez  nia  jak  długa  na  mokrej  i śliskiej  trawie. Naturalnie    włos  mi  z  głowy  nie  spadł,  ale  umorusałąm  okropnie  moje  nieskazitelnie  białe  spodenki!  Fuj! Właściwie  od  razu po  powrocie  na  pokład  można  było  ruszać  z  powrotem  na  rzekę,  ale  stres  związany  z  załamaniem  pogody,  grożącym  nam  niebezpieczeństwem (  chyba  bardziej  z  powodu  wrzasków  jeden  na  drugiego), ponad to  moje  rozgoryczenie  ubrudzeniem  ubrania  spowodowało,  ze  wstrzymałam  na  jakis  kwadrans  wypływanie…w  którym  to  czasie  przebrałam  się  w  marynistyczna  spódniczkę,  biało-branatowe  kolanówki i piracka  apaszkę.

Kiedy  byłam  gotowa, Kuba  pokiwał  tylko  zniecierpliwiony  głową,  co  miało  oznaczać:  CZY  MOŻEMY  JUŻ  ODBIJAĆ  DO  Świetej  Anielki, czy  jeszcze  będziesz  wkładąc  jakis  kapelusz  rybacki?.....Och!  Ci  mężczyźni  to  się  na  niczym  nie  znają.

Mój  oficer  nawigujący, a  jednoczesnie  majtek, bosman i  całą  załoga  w  jednej osobie  rozsiadł  się  wygodnie  na krzesełku  turystycznym  przy  sterze..na  przednim  pomoście  z  małym  daszkiem i  z  powazna  mina  uruchomił  po raz  drugi  barke……Odbiliśmy  niespiesznie  od  brzegu i  posuwaliśmy  się  powoli wśród  tataraku i     cudnych grzywieni  na  rzece. Oczywiście  narobiłam  chyba  z  50  zdjęć  tym  ślicznym  żółtym  kwiatkom  rosnącym  na  wodzie, a  potem  weszłam  do  pierwszego  przeszklonego  pomieszczenia z  super  widokiem i  usiadłąm sobie  z  aparatem  na  wygodnej  kanapce.  Połowe  zdjęć  oczywiście  musiałam  skasowac  bo  były  albo  nieostre,  albo  poruszone. Ale  część  z  nich  zdobi   aktualnie   nasz  Album  Przygód.

Korzystając  z  wolnej  chwili rozejrzałam  się  po  bareczce…..

Warunki  na  tej  barce  sa  rewelacyjne…..a  z  tego  co  powiedział  nam  pan  Mirek  to  jest    woda ,  gaz i  prąd…  łazienka .grill, telewizor,  radio,  odtwarzacz  CD !!! … Wszystko  działa, jest  nowe, piekne i  w  ogóle  mucha  nie  siada!…

…..

Siedziałam  zatem   na  kanapce i  gapiłam  się  początkowo  na wyposarzoną  kuchnię  potem w  aparat  a potem w  okienka…  podziwiając  widok  dzikiego  nabrzeża, .a  tam    po chwili  znów  zaczął   padać deszcz  Ale tylko chwilowo, bo jakies  5  minut  dla  urozmaicenia  i  by   pokazać  nam  wszystkie  uroki  zeglowania… W  końcu  ..jak  się  okrętowaliśmy  upał  był  nie  do  wytrzymania, po prostu  żar   lał się  z  jasnego  nieba…..  Jak  tylko  odbiliśmy  zaczęło  się  chmurzyc  i  w  kwadrans  potem  luneło! …Z  pewnościa   po  to , by  efekt  był  pełen , niebo   zaczęło  znowu    błyskać i  pomrukiwac  groźnie…  Ale  tym  razem  gdzieś  z  oddali.  No i  oczywiście  za  chwile  znów  ciemna  chmura  gdzies  przepadła,  a  słonko  prażyło  pieknie  dalej.  Mój  Kuba  wygladał  troche  jak  hipopotam  wyciągniety  z  brei,, bo  nie  dośc  ze  zmókł jak przybijaliśmy  do  policyjnej motorówki, potem  uciapał  się  mokra , brudna  liną,  a  potem jeszcze  powtórny  deszczyk poprawił  mu  fryzurę..na  irokeza.

Nie  dopłynęliśmy  jeszcze  do  Słonecznego Młyna, a  mój  personel  pokładowy   zaczął  grożnie  na  mnie  łypac. …  Kubusiowi   zaczęło   burczeć  w  brzuszku……Jezu!  Nie  pomogły  nawet  moje  perswazje  ze  przeciez  się  odchudza i  ze  nie   mineło jeszcze  nawet  trzy  godziny  od  momentu  gdy  siedział  za  stołem.  Zatem  nawet  gdyby  był  łakomym  niemowlakiem  nie  powinien  jeszcze  wrzeszczeć  ze  jest  głodny….a  jednak

Doprowadza  mnie  do  szaleństwa….zwłaszcza ze   sama   raczej  nie  jestem  zdolna  do    uruchomienia   grila….zewnetrznego,  zatem  mogłam    póki co  zaoferowac Kubusiowi  jedynie    surowe  szaszłyki i  równie  surowe,  tyle  ze  uciapane  w  przyprawach  skrzydełka  kurczęcia ..Nic  tylko  dzwonic  po  pizzę...

Stanęliśmy  zatem  przy  Młynie…cudem  bez  trudu i  perturbacji.  Pokroiłam  pomidorki,  mozarelle i  awocado z  bazylią i  w  ten  sposób  szybko  naszykowałam  coś  lekkiego  do  zjedzenia .Rozwaliliśmy  się  do  jedzenia  na  kanapie…  bo  pokład  jeszcze  sechł. Migiem  wciągnęliśmy  pomidorki i  własnie  rozkosznie  się  przeciągaliśmy  po  jedzeniu…..a  tu .kanapa podchwyciła   nasz  nastrój i  zaczęła  się  po  prostu  rozkładać! Niby  logiczne, bo :

Przycumowaliśmy

-  nie  płynęlismy….

oboje  byliśmy   na  kanapie…wiec  cóż  tu  robić!?

Wcale  jej  się  nie  dziwie. (.tej  kanapie ).  ze  jak  na  klasnięcie  zjechała  w  dół i  rozłożyła  się  w  pomieszczeniu -salonowym  …całkiem  poziomo.…  No  po  prostu  siwy  dym!   Sodoma  z  Gomorą.  Ciekawe  czy  Ona   (  ta  kanapa)   zawsze   się  tak zachowuje,  czy  tylko  jak  wyczuje   wyuzdanych osobników!?.

A  zatem  jak  na  razie  nasz  rejs  składał  się  z  zaokrętowania ,  odpłynięcia  z  pomostu  po  manewrach  ćwiczebnych i  prędkiego  dopłynięcia  z  powrotem  do  brzegu…tyle,  ze  200  metrów  dalej i  po  przeciwnej  stronie  rzeki…bo  nas  zniosło!!! No i  wreszcie  do  dopłyniecia  do  Młyna…  celem  zjedzenia  małego   co nieco..cdn

Godzine  później…  piękne  słonko,  upał,  …prawie  plaza…..Nikt  już  nawet  nie  pamieta  nawałnicy  sprzed  pół  godziny….. Żaby  kumkają,   ptaszki   śpiewją,  a  ptaszory mrugają  na  nas,,,A  nie  sa  to  byle  jakie  mrugacie,  bo   to   sa  dzikie  gęsi, co  rusz  podrywające  się  jak  wodoloty  do  lotu, wrzeszczące  (jak  oszalałe ) mewy,  albo  rybitwy  ,  nigdy  tego  nie  wiem,  ale  jak  słyszę  ten  wrzask  to mi  się  tylko  i  wyłącznie  Ptaki  Hitchcocka  przypominają.  Był też   ( jak  Babcie  kocham)…CZARNY  KORMORAN!!!  Ładny  czad,  co?  Oczywiście  wszystko  tak  szybko  schnie  na  pokładzie  ze  nie  ma  już  pół  kropli  wody i  właściwie  gdybym  teraz  wsiadała  na  pokład  to  wysmiałabym  Kubusia i  podejrzewała  o  objawy  wytwórcze,  gdyby  powiedział  mi  ze  przed  chwila  schronił  się  przed  burzą, co  kot  wyskoczy  w  maluśkiej  stanicy  chyba  policyjnej, (  chyba  ze  ich  motorówka  stoi  tam  ze  względu  na  mieszkająca  w  sąsiedztwie  kochankę?  Albo  może  tam  ,  blisko  brzegu  ryby  najlepiej  biora,  albo  w  tym  pieknym  starym  domu,  należącym  chyba  do  żeglugi…popełniono  jakąs  makabryczna  zbrodnię i  stad  tam  ta  jednostka  policji…  oj  chyba  za  dużo  się  kryminałów  naczytałam…) i  do tego  ze  widział  czarnego  kormorana. ALE  TO PRAWDA!

No  w  każdym  razie  spojrzawszy  w  tej  chwili  na  niebo…bezchmurne,  uśmiechnięte i  bez  nawet  małego  sladu  groźnej  nawałnicy,  która  teraz  zapewne  odwiedziła  miasteczko  na  T  pod  Solcem i  kto  wie,  czy  wietrzysko  nie  szepcze  w  tym  momencie  TO  ruń!!!!

(Nie  żebyśmy  z  tego  powodu  płakali….niech  się  dzieje  wola  nieba…z  nia  się  zawsze  zgadzac  trzeba  Mocium  Panie)

A  w  Bydzi…..  po  prostu  pełnia  lata…..  Płyniemy  sobie  beztrosko. Ptaszki  spiewają, zaby  kumkają,  wazki  latają.  Kuba  szczęsliwy  ze  odzyskał  panowanie  nad  sterem,  które  w  pewnym  momencie  zabrała  mu  wichura i  tylko  patrzec…o  tam  tam..O!…przybijamy  do  BTW…dawnego, bo teraz  to  jakas  siłownia i  knajpa  Zatoka na  górze! Dyskretnie  udajemy  się  na  małe  siusiu,  co  by  nie  zasikac  zbyt  szybko  naszego  slicznego  pokładowego  kibelka! Potem  rozglądamy  się  za  naszymi  córkami…..a  tu  nagle  na  pokład  wparowują  Sikorki-  nasi  przyjaciele  z  przysmakami  dla  żeglarzy…do  tego  ni  stąd  ni  zowąd  pojawiają  się  nasze  latorośle, czytaj  nasze  córki i …w  bonusie   jeszcze   Markowscy!!!!!

Jak  widac  pół  Bydgoszczy  zwiedziało się  o  naszej  rzecznej  eskapadzie i  wszyscy  jak jedne  musieli koniecznie  to  zobaczyc na  własne  oczy!

Alez  było milutko!!!  Pijemy  sobie  szampana  na  pokładzie.  Sikorki i  MArkoscy  oglądają  pokład,  nasze  szalupy i  cały  hous  both…  Ogląda  tez  paru  przypadkowych  przechodniów i  gości  Słonecznego  Młyna…  co  na  gape  z  nami  popłynęło  do  centrum, bo  najpierw  myśleli  ze  to tramwaj  wodny,  a  kiedy  się  zorientowali  ze  nie  za  bardzo,  ryknęli smiechem i  chyba za  to  poczucie  humoru  postanowiliśmy  ich przewieźć!

Innym  którzy  tylko  pytali  nas,  czy  jesteśmy  tramwajem…jedynie .udostepnilismy  ulotki  o  wynajmie i   o  możliwości  wyczarterowania…z uśmiechem i     miną  dumnych  właścicieli,  którymi  nie  jesteśmy…..ale  kto  wie.  Sikorki  nagrzali    się  tak  bardzo , ze  zarezerwowali  już    sobie  rejs  do  Nakła  na  dłuższy  weekend  w  sierpniu,  Markowskie  chca  z  nami  popłynąć  teraz , zaraz,  już i  jeszcze  potem  ,  jak  się  da  to  jeszcze  w  lipcu  w  kierunku  śluz. Tamci  z  hotelu  zdaje  się,  ze  tez na  kiedys  się  klepią…zatem …. się  ruch  zrobi…. mówię  Wam.!  cdn.

A  ja  wkrótce  przesle  drugi  odcinek,  bo  to  dopiero  połowa  przygody

Cd Barka

Chłopaki (  Sikorek,  Artysta i  Mój  majtko-bosman) zaczeli  rozgryzac  sprzet  na  barce.  Sikorek  oglądał  silnik  z  każdej  strony,  a  ze  jest  wprawionym  zeglarzem  oczyścił  nam  go  z  wodorostów,  których  my0stare  sieroty  nawet  nie  zauważyliśmy.  Artysta  zaczął  bawic  się  pokrętełkami  od  grila i  tylko  przez  przypadek  nie  wywołał  jakiejs  małej  eksplozji  butli z  gazem,  a  moja  załoga-Kubuś  wyszedł   odświeżony  z  pokładowej  łazieneczki  wziąwszy  wcześniej  prysznic i  oświadczył  bardzo  z  siebie  zadowolony  ze  „-wszystko  super  działa , tyle, ze  zużył  całą  wodę!!!!

Ten  to  zawsze  potrafi  jednocześnie  świetnie  się  urządzić i  jednoczesnie  załatwić  na  cacy  całą  resztę.  Dzieku  Bogu  jedna  i  panu  Mirkowi…..z  przewagą  udziałów  pana  Mirka,  pod  ściana  łazienki  był  zapasik  kilku  baniaków  wody,  którą  można  było  uzupełnic  zbiornik!

Powoli  płynęliśmy  podziwiając  nasz  cudny  gród  nad  Brdą  w  kierunku  wyspy  młyńskiej.  Z  wody  wszystko  wyglada  zupełnie  inaczej.  W  dawny  pałacyku  Loyda  czyli  siedzibie  żeglugi można  się  po  prostu  zakochać,  taki  to  sliczny  budynek,  nowoczesne  budynki  BRE  banku  tez  prezentują  się  elegancko  i  jakos  tak  dostojnie  od  strony  wody. Poniemiecka  cegła  poczty lśni  w  słonku  w  blasku  rzeki, a  spichrze  wydają  się  wieksze i  okazalsze.  Ptrzechodzacy  przez  rzeke  niemal  wskoczył  nam  na  pokład  zachwycony  statkiem  równie  mocno  jak  my, aleśmy  mu  wyperswadowali,  żeby  ostał  się  nad  rzeką, bo  będzie  go  zapewne  straz  miejska  szukała,  a  my  nie  chcemy  mieć  z  tymi  goścmi  do  czynienia….  Wzruszył  na  to  tylko  ramionami  rozumiejąc  nasze  antypatie i  straciwszy  równowage  niemal  fiknął  kozłą  do  rzeki,  ale  jakoś   w  ostatniej  chwili  zbalansował  chwianie  się  patykiem  który  trzymał.

Odetchnęliśmy  z  ulga i  kiwając  do  przechodniów  na  moście  popłynęliśmy  dalej..

Przepłynąwszy  pod  mostem  fotografowaliśmy  z  uporem  maniaka  jazz  farny,  kościół  farny, a  potem  biały  spichrz.  Opera  nie  zmieściła  nam  się  w  kadrze, bo  jak  odwróciliśmy  w  jej  kierunku  obiektyw  byliśmy  już  od  tego  kolosa  o  krok,  wiec  robienie  zdjęć  sensu  nie  miało  bo  wyszedł  by  nam  tylko  betonowy  krąg.  Woleliśmy  zatem  zwrócić  rozanielone  spojrzenia  na  młyny  Rottera i  nowoczesny budynek  przyszłej  mariny tuż  przy  starych  młynach.  Pokręciliśmy  się  po  rzece  przyglądając  się  i  fotografując  tętniacą  życiem  całą  wyspę  młyńską,  a  kiedy  to  nas  już  zmachało  zacumowaliśmy  powolutku  na  pomoście  w  miejscu  przeznaczonym  PÓKI  CO  DLA  TRAMWAJU  WODNEGO…  No  i  super  wyszło  bo  jak tylko  podpłynęliśmy  ludzie  gremialnie  przekonani  ze  oto  podpłynął  nowy  tramwaj  wodny,  zaczęli  wypytywac  nas  o  ceny  biletów.  Pierwszym  osobnikom  grzecznie  wytłumaczyliśmy  ze  nie  jesteśmy  tramwajem,  ze  to  statek  który  można  wynając i  samemu  sobie  można  być  sterem i  okrętem.  Nastepnym  ciekawskim  powiedzieliśmy  ze  nie  jesteśmy  tramwajem  ale  rozważamy  rejsy  pasażerskie.  Kiedy  jednak  drzwiami  i  oknami  zaczeli  walic  inni  zainteresowani  przejażczką  po  rzece,  byłąm  już  gotowa  zacząć  sprzedawać  bilety  na  tramwaj  wodny…za  jakies  powiedzmy  10  złotych,  ale  moja  załoga  oburzyła  się  ze  robie  sobie  jaja i  chyba  tęsknie  jednak  za  strażnikami  miejskimi,  do  których  faktycznie  mam  wyjątkowa  słabość (  objawiająca  się  strzelaniem  do  nich  z  procy,  albo  przywłaszczaniem  sobie  ich  żółtych  blokad  samochodowych). Sprawa  na  szczęscie  czy  handlowac  biletami,  czy  nie  rozwiązała  się  sama  bo  nagle  pokonawszy  śluzę  zaczął  na  nas  trąbić  prawdziwy  tramwaj  wodny.  Początkowo  myśleliśmy  ze  to  miłe  zeglarskie  pozdrowienie,  zatem  kiwaliśmy  do  tramwaju  przyjaźnie  ale  gdy  okazało  się  ze  jego  trąbienie  znaczy  nic  innego  jak  :  SPŁYWAJCIE  Z  NASZEGO  PRZYSTANKU,  BO  NIE  MAM  KURDE  GDZIE  ZACUMOWAĆ!...przestalismy  spontanicznie  m achać  i  oddaliliśmy  się  od  nabrzeża…I  dobrze  bo  na  Rybim  rynku  już  czekali  kolejni  znajomi, którzy  niecierpliwili  się  ze  nie  widzą  zadnej  nowej   szalupy  na  Brdzie  i  już  podejrzewali  nas  o  wymyślactwo,  koloryzowanie i  zwykłe  zmyslanie  ze  niby  wynajęliśmy  krype  na  weekend.

Przekonali  się  zatem  na  własne  patrzałki  po  10  minutach,  ze  jak  najbardziej  nie  fantazjujemy,,  wrecz  przeciwnie  pływamy  hous-boatem  po Brdzie i  nie  tylko  świetnie  się  prezentujemy  na  lej  luksusowej  łajbie,  ale  nawet  sobie  radzimy!  Nie  omieszkam  dodac,  ze  w  trakcie  przystanku  na  wyspie  młyńskiej  zdarzyłam  dwukrotnie  zmienić  swoja  garderobe  z  marynarskiej,  na  jeszcze  bardziej  marynistyczną.  W  końcu  jak  na  pokładzie  jest  przestronna  szafa  dwudrzwiowa  z  wieszakami  na  ciuchy i  jeszcze  komoda  z  szufladami, tez  na garderobę  to  mimo  ze  okrętowałąm  się  tylko  na  dobę,  ale  zabrałąm  gadzetów  w  paski,  spodenek  z  plótna  zaglowego,  sukienek  w  kotwice,  opasek  pirackich,  czarek  kapitańskich, kapoków  rybackich…nawet  przez  przypadek  sieć  wziełam,  bo  zaplatałą  mi  się  o  nia  bransoletka  z  muszlami i  rozgwiazda,  wiec  co  miałąm  począć????  Zabrałam  też  wiklinowe  kosze  piknikowe (  trzy)  z  plastikowymi  naczyniami i  kieliszkami,  ale  jak się  okazało  zupełnie  niepotrzebnie  bo  na pokładzie  do  dyspozycji  jest  całe  wyposażenie  kuchni  od  sztućców, poprzez  szuszu  półmiski,  ekspresy  do  kawy, po  garnki i  tarkę  do  sera,  nie  pomijając  kieliszków  do  szampana!

Zatem  wiklinowe  kosze  raczej  służyły  ozdobieniu  pokładu  niż  jakimkolwiek  praktycznym  celom.

Zanim  wpuściliśmy  na  pokład  znajomych  którzy  przyszli  do  nas  dołączyc  na Rybim  rynku…wysłaliśmy  jeszcze  męska  częśc  ekipy  po  szampany  dla   części  kapitańskiej,  czyli- nas -  kobiet  pokładowych. W  końcu  personel (  bosman i  majtkowie, oraz  oficer  nawigator  pic  nie  powinni,  co  szybko  ustaliłyśmy, obiecując  chłopakom  ze  odbiją  sobie  to wieczorkiem  w  marinie, przy  grilu,  gdy  już  nie  będziemy  się  poruszać  na  wodzie)

Chłopacy  wrócili  na  pokład  z   chłodnymi  szampanami  dla  nas ,  zatem  by  nie  dopuścić  do  ich  nagrzania….szybko  się  z  dziewczynami  nimi  zajęłyśmy.  Dlatego  dalsza  część  relacji  może  być  lekko  mglista…..

Już  na  widok  oszronionych  butelek  humor  nam  się  poprawił,  a  na działąnie  boskiego  płynu  w  takim  upale  nie  trzeba  było  długo  czekac.  Już  po  pierwszym  kieliszku  byłyśmy  nader  towarzyskie,  przyjazne i  spragnione  kontaktu z  przechodzącymi  w  pobliżu  bydgoszczanami….. Kiwałyśmy  do  wszystkich,  przesyłałyśmy  rzeczne  pozdrowienia  innym  jednostkom  pływającym, czyli  tramwajom,  motorówce policyjnej i  tratwie   z  nowożeńcami  z  knajpy” Zatoka.

Dalszy  odcinek  OD  Bernardyńskiej  po Krakowską  zajęło  nam  ciekawe  rozgladanie  się  na  boki, podziwianie  przyrody,  kiwanie  wędkarzom i  przechodniom oraz fotografowanie  wszystkiego  co  się  da,  nawet  zabawnych  grafiti  na  murach  przed  Media  Markt”

Kiedy  minęliśmy  barkę  melody….mielismy  już  na  pokładzie  kilka  zimnych  piwek,  które  chłopacy  w  jakis  szybki i  cwany  sposób „ nabyli  droga  kupna” od  barmanki  z  Melody.

Nastepni  nasi  przyjaciele   czekali  już  na  nas  na pomoście  Słonecznego  Młyna…z  pojemniczkami  pełnymi  ulubionego  sushi…bo  nowy  bar  sushi  otwarto  na Jagiellońskiej, przed  media  markt- na  wysokości  kładki.  Z  apetytem,  mimo  ze  bezustannie  cos  jedlimsy  lub  pilismy   na  pokładzie, bo  jak wiadomo  spozywanie  na Świerzym  powietrzu  zaostrza  apetyt.  Choc  byliśmy  po  chyba pół godzinnym ,  niezłym  obżarstwie    prawdziwymi  patologicznymi kulami…to  zamówiliśmy  sobie  jeszcze  kawke  na   wynos    na tarasie.  Alez  sielski  anielski  dzień!  Palce  lizać!

C d  nastapi

Cd2   Barka

Cóż….życie  na  barce  to  piekne  życie,  zwłaszcza  jak  jest  przepiekna  pogoda,  ma  się  przed  sobą  wolny  dzień,  jest  się  w  miłym  towarzystwie i  do  tego  trzyma  w  ręku  zimny  kieliszek  szampana…..Jedynym  mankamentem  jest  tylko  trzeźwy  jak  śiwnia  oficer  nawigator,  który  nie  cieszy  się  tak  ja  my  z  niczego,  nie  chichocze  rozkosznie  ..tylko  stale  każe  nam  wiazać  linę,  wysiadać  cumować,  nie  wychylać  się  ,  nie  zasłaniać  mu  widoku przy  sterz…..Cóż  za  sztywniak,  ale  taka  to  już  jest  różnica  w  postrzeganiu  świata  w  zależności  od  tego  ile  się  ma  we  krwi  promili….a  MY- kapitanki  miałyśmy  niewątpliwie  we  krwi  same  bąbelki  z  szampana,  zatem  na  wyszukane i  skąplikowane  konwersację  lub  wywód  naukowy  z  naszej  strony  raczej  nie  można  było  liczyć.

Jednak  mocna  kawa  (początkowo  z  expresu pokładowego,  a  nastepnie  zamówiona na  wynos i  podana  nam  na  pomoście  przez  wyrozumiały  personel  hotelu  Słoneczny  Młyn,  a  wypita  na  pokładzie,  gdyz  nie  chcieliśmy  się  nigdzie  ze  statku  ruszać….zreszta  we  Młynie  zdarzyliśmy  już  być  2  godziny  temu,  zatem  traktowaliśmy  przystań  hotelowa  jak  zaprzyjaźniona  bazę)..nieco  otrzeźwieliśmy i  mocno  się  orzywiłyśmy.  Chłopakom  jak  widać  starczyła  zabaweczka  w  postaci  steru,  przy którym  zmieniali  się  ochoczo i  próbowali  różnych  manewrów  na  rzece.  Na  szczęscie  nic  wtedy  nie  płynęły  bo  te  ich  manewry  raz  wychodziły  lepiej  a  raz  troche  mniej  lepiej i  przez  moment  miałyśmy wrażenie, ze  nie  bardzo  jest  związek  między tym  w  która  stronę  kręci  się   sterem  a  ruchami  statku….bo chłopacy  szałaputy  nie  do  końca  uwzględnili  siłę  bezwładności  statku.  Oczywiście  jak  głosno  wypowiedziałam  takie  mądre  zdanie….zasłyszane  wcześniej  od  pana  Mirka….to  cisza  się  na  pokładzie  zrobiła i  nawet  statek  zatrzymał  się  grzecznie  na  moja  cześć i  ku  zdumieniu  chłopaków-niezguł  jednych. Oczywiście  oficer-nawigator,  czyli  Kuba  , który  miał  już  z  nich  najwiekszą  wprawę poczuł  wówczas  powołanie  dydaktyczne  i  dumny  ze  swoich  umiejętności  zaczął  perorować   właśnie  o  prawach  fizyki  w  odniesieniu  do  „ciała  poruszającego  się  z  prędkością …i  do  siły działającej odśrodkowo…..(cokolwiek  to  znaczy,  wygladał  wówczas, pewnie dlatego  ze  akurat  stał  za  sterem  jak  prawdziwy  kapitan….zatem  na  te  pare  chwili  pozyczyłam  mu  swoja  czapkę..  Niby  była  mu  za  małą  ale  jakos  się  nie  opierał. Jednak  co  czapka  kapitańska  to  czapka.  Nawet  ja  z  moim  metr  sześćdziesiąt  w  kapeluszu…budzę  w  niej  respekt!....Ptrzynaj,mniej  tak  sądziłąm  gdy  siedząc  w  niej  w  samochodzie  po  stronie  pasażera,  dokądś  jechalimy.  Kierowcy, którzy  nas  mijali,  jakos  tak  z  podziwem i  szacunkiem  na  mnie  patrzyli….tak  mi  się  przynajmniej  wydawało.  Do  tego  głowe  daję  ze  dawali  tez  po  hamulcach  jak  jechali  zbyt  prędko.  Całą  byłam  dumna  i  blada, ze  nawet  przyhamowują,  pewnie  dlatego  żeby  mi  się  lepiej  przyjrzeć…takiej  kapitance…..Kuba  jednak  szybko  zburzył  moją  super  wizję,  bo  powiedział  do  mnie  naśmiewając  się  z  mojego  zadowolenia:

-MATKA!  ONI  WSZYSCY  MYŚLĄ  ZE  JESTEŚ  GLINA  W  NIEOZNAKOWANY  SAMOCHODZIE  BO  WYGLADASZ  W  TEJ  CZAPCE  Z  DASZKIEM  NA  MUNDUROWĄ,  A  NIE  NA  WILKA  MORSKIEGO!  ZDEJMIJ  JA  LEPIEJ  BO  NAM  KŁOPOTÓW  NAPYTASZ!  W  KOŃCU  ŻADEN  SZANUJACY  SIĘ  KIEROWCA  NIE  OSTRZEZE  NAS  SWIATŁAMI  ZE  GDZIES  W  KRZAKACH  STOJA  NIEBIESCY,  JAK  ZOBACZA  ZE  JADĘ  Z  „POSTERUNKOWĄ-NIEZGULĄ”!

Ależ  mnie  tym  zdołował.,  ale  może  miał rację, wiec  niepyszna  zdjęłam  czapkę….

Nasz  dalszy  rejs  odbywał  się  na  bardziej  dzikich  wodach,  czyli  od  tessco  w kierunku Brdyujścia.  Nabrzeże  jest  tam  raczej  zaniedbane,  bo  nie  utwardzone,  czasem  krzaczorowate,  czasem  wydeptane  przez  moczy-kijów,  czasem  przez  meneli…pewnie  nieraz  przez  kozy,  które  widzieliśmy  chyba  z  5  na  wysokości  Fordońskiej.  Pojęcia  nie  mam  czy  to  czyjeś  hodowlane  były?  Ale  toz  nie  dzikie?  Chociaz  czy  ja  wiem  po  czym  poznać  czy  koza  jest  oswojona i  kontaktowa,  czy  dzika.  Jedna i  druga  z  tego  co  dopwiedziałąm  się  od  pewnego  tramwajarza…ups  przepraszam  motorniczego,  wszystko  zeźre!  Wiele lat  temu,  będąc  nastoletni do  tego  dość  cherlawą  dziewczynką  zdażyło mi  się  wracać  do  domu  dośc  późno  ok.  22   nocnym  tramwajem, czerwonym,  starego  typu, jaki to  wówczas  jeździły.  Tramwaj  miał  ręcznie  zasuwane  drzwi,  zreszta  cholernie  ciężkie. Kiedy  wskoczyłam  zadowolona  do  wagonu  ciesząc  się  ze  zdążyłam  na ten  tramwaj,  bo  czekałabym  potem  do  5  rano  na  nastepny,  nie  zasunęłam  za  soba  drzwi.  Takie  drzwi  były  cholernie  ciążkie i  z  reguły  się  zacinały.  Ja  znając  swoje  możliwości i  tężyzne  fizyczną  doskonale  wiedziałam  ze  taka  sztuka  jak  proste  zasunięcie  tych  drzwi  łatwo  mi  nie  pójdzie,  zatem  od  razu  dałam  sobie  spokój,  licząc  na  to  ze  jeszcze  ktoś  postawniejszy  ode  mnie  wsiądzie  i  zatrzaśnie  je  silnym  ramieniem.  Nikt  jednak  już  za  mna  nie  wsiadał  a  ze  było dośc  chłodno,  odwrócił  się  do  mnie  motorniczy  stojący  z  przodu  wagonu  dzierżąc  wajhę  czyli  takie  pokrętło  kierownicy i  wrzasnął  do  mnie:

-TE  MAŁA!  A  DRZWI  TO  CO?  KOZA  CI  WPIERDOLIŁA?

Zamarłam  analizując  na  swoich  nastoletnich  synapsach  CO  AUTOR  MIAŁ  NA  MYSLI  KIEDY  WRZESZCZAŁ  TO  CO  WRZESZCZAŁ?

Zajarzyłam  JEDNAK  dość  szybko,  ale  tak  jak  przewidziałam  gdy  zaczęłam  próbować  mocować sie  z  drzwiami,  wyszła  z  tego  tylko  szarpanina,  a  drzwi  nawet  nie  drgnęły…Po  5  minutach,  motorniczy  pozostawił  samej sobie  wajhę  , może  dlatego   ze  jechaliśmy  Torunską,  wiec  prostą  drogą….zjawił  się  na  moim  końcu  wagonu  i  szarpnął  drzwiami  tak , ze  aż  podskoczyłam  zamykając  je  z  łoskotem…(jak  wtedy  pomyślałam:  na  amen! ) A  na  mnie  spojrzaŁ  z  pobłażaniem  i  powiedział:  TY  TO  MASZ  BICEPSY  JAK  BOCIAN  PIĘTY!. No  i  jak  tu  nie  wyrastać  w  kompleksach? I  teraz  powinnam  napisać  coś  w  stylu:  OD  TEGO  CZASU  ZACZĘŁAM  PODNOSIĆ  HANTELKI,  ALBO  ZAPISAŁAM  SIĘ  NA ZAWISZĘ  DO  SEKCJI  BOKSERSKIEJ,  albo  cos  równie  idiotycznego.  Nic  się  jednak  takiego  nie  zdazyło.  MYslę  ze  gdybym  teraz  weszłą  do  takiego  starego  tramwaju z  ręcznie  zasuwanymi  drzwiami,  zachowałabym się  tak  samo,  czyli  ani  myślałabym  szarpać  się z  drzwiami,  ale  już  od  progu  krzyknęłabym  do  motorniczego:

DRZWI  NIE  ZAMYKAM, BO JE KOZA WPIERDOLIŁA!

Wracając  jednak  do  naszego  rejsu i  hous-boatu….płynelismy  sobie  spokojnie  robiąc  zdjęcia,  bo  przed  Brdyujściem  gdzie  jest  dziwko  mieszka  wiele  pieknych  gatunków  ptaków.  Nie  specjalnie  się  na  tym  znam,  ale  jak  już  tacy  laicy  jak  my  sa  w  stanie  rozpoznać  czaple  siwa i czarnego  kormorana to  jest  gitara,  prawda?

Zatem  napstrykalismy  się  jak  szaleni.  Część  z  nas  zajęła  się  łabędziami,  kaczkami,  mewami i  rybitwami,  reszta  roślinnością.  A  było  co  podziwiać.  Po  pierwsze  o  tej  porze  roku i  w tak  piekna  pogodę  kwitnie  wszystko  co  się  da,  zatem  były  nie  tylko  kwiatki  polne,  ale  mnóstwo   żółtych grążeli, które  ja  zawsze  mylę  z  nenufarami,  bo  te  tez  są  pływające.  Nie  wazne  zreszta  które  to  z  nich  były  ale  było  tego  kilkanaście  łach  na  wodzie i  prezentowały  się  olśniewająco  na  Brdzie.

Płynęliśmy  potem  wzdłuż  zwałów  drzew…oczywiście  nie  takich  zwalonych  przez  burzę, tylko  specjalnie   zcietych i  spławionych a  do tego  moczonych i opryskiwanych  wodą  wielkich  konarach,  z  których później będzie  się  budować  statki?  Nie  wiem,  ale  tylko  mi  tam  flisaków  brakowało i  na  widok  tych  wielkich  bali i to  całej  ich  masy  przypomniały  mi się  stare  zdjęcia  Bydgoszczy, która  swego czasu  była  jednym  z  największych  spławiaczy  drewna  rzeką.  Był  to  najtańszy  transport  drewna.  A  jaki  uroczy i  malowniczy?  Kurcze!  Przez  moment  poczuliśmy  się  jak  w  latach  dwudziestych  dwudziestego  stulecia…Czar  jednak  prysł  gdy  do  kogos  zadzwoniła  komórka…..

Widok  tych  wielkich  bali  spławianych i  zmaczanych  jest  jednak  tak niesamowity i  chyba  już  dość  rzadki, ze  warto  choćby  po  to  wybrać  się  w  okolice  stoczni  remontowej.  No i  znów  trafiłam  na perełkę (  jak  to  w Bydgoszczy i  jak  to  zwykle  na Brdzie!)  Jest  kapitalna  stocznia  remontowa, w  której  stoją  różnorodne  statki,  które  zakończyły  już  profesjonalną  karierę  ale  mogą i sa  wykorzystywane  w  innych  celach.  Zreszta  daleko  nie  sięgają  MS  Bydgoszcz, czyli pierwszy  tramwaj  wodny, który samotnie  pływał  jeszcze  zanim  pojawiły  się  na Brdzie  słoneczniki, właśnie  w tej  stoczni  był  jak to  się  mówi  przywrócony  do życia, wydmuchany,  wychuchany i jak wszyscy  wiedza  pływa  do dziś,  miewa  się świetnie,  a  rejs  na  nim  przez  sluzy  do  Gwiazdy  jest  niezapomnianym przezyciem. Serdecznie  polecam!

Zaczęło  powoli  zmierzchac,  mimo  ze  nie  chciało nam się  uwierzyć  ze  tak  prędko  może  zlecieć  cały  dzień!   Zaczęliśmy   zatem wypatrywac  powoli  miejsca,  do którego  moglibyśmy  bezpiecznie  przybić, nie  tylko  by zrobić  sobie  grilową  kolację  na łajbie. I  wypis  zdrowie  kapitana. Musieliśmy  jednak  sensownie  wybrać  miejsce  postoju, bo  jednoczesnie  miało to  być  miejsce  naszego  noclegu. Wiadomo  było bowiem  ze  jak     całą  załogą  napijemy    się  piwka  lub  winka , co kto woli,    o  pływaniu  nie  będzie  już  mowy,  chyba  ze  wpław!

Wybraliśmy  zatem  za  przyczółek  na  spoczynek….klub  mors.

Fajnie  można  było  przybić….Pan „ marinowy”  przywitał  nas  pomachawszy  do  nas  wędką,  z  którą  siedział  na pokładzie  wielkiej  bary-pomostu!!!  Czujnym okiem  obserwował  nasze  manewry  z  dobijaniem  do  brzegu i  dzieki jego  radom  ze „ a to  w  pobliżu  jest kotwica,  a  to  tam  dla  was  za  płytko, a  to  „dawaj  dawaj  w  lewo”….bezpiecznie  i  bezkolizyjnie  przybiliśmy  w  jedno  ostałe  się , pewnie  specjalnie  dla  nas , miejsce  parkingowo=-noclegowe.  Kiedy  już  bezpiecznie  przycumowaliśmy  i  dokonaliśmy  drobnej  opłaty  za  postój…przyłączyliśmy  sobie  prąd,  by  nie  korzystać  stale  z  akumulatora,  dolaliśmy  sobie  wody  do  zbiorników i  wyleźliśmy  na chwile  chwiejnym krokiem  na  ląd….Taki  sobie  syndrom  marynarza,  bo  wszyscy  jakos  tak  dziwnie  się  gibali i  robili  kacze  kroki.  O  samym  klubie  zadnych  zachwytów  nie  opowiem,  bo  zaplecze  u  nas  jeszcze  ciut  kuleje, zatem  gdy  zeszliśmy    na  ziemię wyrzucic  smieci i  ewentualnie  oddać  mocz,  bardzo  pomógł  nam  alkohol  we  krwi,  bo  do  siusiania  służył  na  brzegu   jeno  jeden  toi toi w  dośc  opłakanym  stanie.  Zatem  na  trzeźwo  bym tam  nie  weszła.    Ale  zawsze  można  powiedzieć  ze  to  była  taka  przygoda

Jestem jednak  dobrej  myśli, bo  jeśli  takie  zeglowanie  będzie  się  u nas  rozwijać,  ludzie  będą  korzystać  z  możliwości  jakie  stwarza   wynajęcie   tramwaju  lub   dwóch tratw  w  knajpie  ‘Zatoka” i  hous-boat…i pewnie  jeszcze  czegos  czego  nie  odkryłam  a  co już  pływa…   będzie   konieczność  zadbania  i  rozwinięcia  tego  zaplecza i   na  pewno,  powstaną   mariny  z  prawdziwego  zdarzenia, czyli  takie z  woda, prądem, paliwem i przede  wszystkim   z  prysznicami i  ładnymi  toaletami… .A  jak znam życie ,  to  jeszcze  z  uroczymi knajpkami, w  których  można by  wieczorkiem  pobiesiadować!

Wieczoru  naszej  biesiady  przy  fantastycznym  grilu  pokładowym, (który  w  dodatku jest  na  gaz, wiec  niepotrzebnie  latalismy na Shela po  węgiel!)  nie  będę  już  opisywać, bo  poza  tym  ze  były  spiewy,  były  pyszne  szaszłyki i  wspaniały  szampan..nie  bardzo pamiętam.

Wiem  jedno  ze  obudziłam  się  około 5  nad  ranem  w  wygodnym lózeczku  na  tyłach  naszego  hous-boatu przykryta  elegancka  pościółką,  wypoczeta  i  zadowolona.  A  dlatego  tak  wcześnie,  bo  rozpoetała  się kolejna  burza.  Wcale  się  zresztą  nie  dziwiliśmy temu, bo  było  cały dzień tak  gorąco i  duszno,  ze  wdzięczni  byliśmy  losowi, ze  możemy  ten czas  spędzać  na  wodzie, gdzie  lekki wiaterek osładzał  nam Zycie i  nie  czynił  upału morderczym  jak  w  mieście.  Buzra  rozpętała  się  na dobre i  to  mnie  obudziło, choć  barka  była  dobrze  zacumowana, staliśmy  w  klubie  mors, wiec  osłonięci  od  wiatru  wielka   barką, która  stanowi  jednoczesnie  pomost i  robi  wrazenie  nie  wzruszonej  zadną  burzą i  zawieruchą.  Zatem  mogliśmy  sobie  tylko  z  okienek  oglądać  widowisko  z  serii światło i  dzwięk.  Około  7  rano  wszysko ustało, a  ze  słońce  znów  natychmiast  po  burzy  wspięło się  na niebo, pokład  wysechł  w  mig i kiedy  ponownie  otworzyliśmy oczy  około  9 rano, sami  nie  bardzo  byliśmy pewni , czy  ta  nocna  burza  to nam  się czasem nie  przysniła….

Teraz  zostały  nam super  zdjęcia,  niesamowite  wrażenia i  odjazdowe  wspomnienia,  ale  nie  zamierzamy  się  na nich  koncentrować,  od  tego  będą  zimowe  wieczory.  Zamawiamy  znowu  hous-bost  na  ostatni  weekend    lipca!  A  CO?!

Do  zobaczenia  na  Brdzie!!!!!! ACHOJ!

ZWIEDZAMY  NAKŁO……HA HA HA

Pojechaliśmy  do  słynnego  Nakła  nad  Notecia…(GDYBY  KTOS  WYJATKOWO  NIE  WPADŁ  SAM  NA  TO,  O  JAKIE  Nakło  chodzi…A  może  chodzić  o  jakieś  inne? Sława  Nakła  siega  przeciez  nawet  takiej   przeciętnie  znanej miejscowości jakim  jest  Nowy  Jork  na  przykład…

Pewnie  zapytasz  cóż  my  do  cholery  szukamy  w  jakimś  Nakle!?

Otóż  w  słynnym  Nakle  chcieliśmy  obejrzeć  marine…..i  oczy  faktycznie  nam  wyszły  z  orbit   ..(  no  może  ciut  przesadzam)…bo  z  Unijnych  pieniędzy  powstała (  albo  została  nieźle  reanimowana bo  istniała  od  przed  wojny)   miejscowa  przystań  na  Noteci.

Wiesz  przecież, ze  nam  nieźle  odbiło  na  żeglugę  śródlądową i  tropimy  wszelkie  jej  slady,  resztki,  ruiny…na  naszych  ziemiach (  mówie  o  naszym  uroczym  regionie,  cobys  nie  pomyślała przypadkiem  ze  Kubie  po  raz  drugi  w  życiu  udało  się  mnie  wywlec  przez  pół  Europy…jak  onegdaj  na  malowniczy  , prymitywny ciek  wodny zwany  Saoną w  wielkopańskiej  Francji)  Otóż odkrywamy  to  co  jest  względnie  było  lub  na  szczęscie  jest  w  trakcie  zmartwychwstawania   z  żeglugi  śródlądowej…u  nas!

Jak  się  okazuje  to  co  ukazuje  się  naszym  oczom,  to  zgliszcza,  resztki i  wspomnienia  dawnej  świetności  naszej  bazy  rzecznej (  Brdy  zwłaszcza),  któ®a  w  całej  swej  okazałości  może  przyćmić  (  póki  co  w  moich  marzeniach)  całą  Europę….bo  żeglowne  rzeki  to  my  mamy……Tyle,  ze  „zaorano  mariny,  popsuto lub  rozkradziono,  względnie  zdewastowano  wszelkie  w  nich   instalacje , przestano  dbac  o  rzeki  gdy  nie  były  już  niezbędnym  składnikiem  transportu…..”  A  teraz  chetnie  by  do  tego  wszystkiego  wrócono.  Na  szczęscie  nie  brak  jak  widać (  patrz  ja  i Kubiusz,  Rys  Sikorek…i  takie  tam  inne)..  zapalone  dusze,  które  chetnie  pomogą  temu  „przemysłowi”  się  odbudować.  Nawet  biorąc  pod  uwage  sama  turystykę!!!!  Kurcze!  Każde  misto  któ®e  ma  rzekę  MA  SKARB….tyle  ze  na  Zachodzie     to  się  wie….a  u  nas  dopiero się  wpada  na  :dawno  już  wymyslony  proch”  No,  ale  lepiej  późno  niż  wcale .

Zatem  przejechaliśmy  się  do  Nakła,  pokiwaliśmy  głowami  po  oględzinach  mariny, którą  chętnie  pokazał  nam  pan  stróż…No i  oczywiście  co  wymyśliliśmy?

….ZE  CHCEMY   ZROBIĆ  IMPREZĘ  W  PRZYSZŁYM  TYGODNIU  NA  ŁOKIETKU ( to  taki statek  spacerowy)….Wiem, ze  mamy  cos  z  głowa i  jesteśmy  nudni  jak  flaki  z  olejem  z  tymi  imprezami  na  wodzie…ale  kurcze….kręci  nas  to  jak  spławik (  o  ile  można  tak  powiedzieć….)

Wprawdzie  marina  nakielska  wymaga  jeszcze  uzupełnienia  zaplecza  o taki  drobiazg  jak  …prysznice i  łazienki….bo  póki  co  w  małym  baraczkiem  sa  tzw  dwa  oczka….jesli  wiesz  co  mam  na  mysli?...  Ale  nabrzeże  wykonane  jest  po  prostu  filmowo.  Cumować  można  elegancko i  za  darmo  przez  5  lat,  są  słupki  z  dostępem  wody,  pradu…no i  blisko jest  stacja  z  paliwem.  Poza  tym  teren  jest  ogrodzony i  monitorowany…..  maniana

A  zatem  nic,  tylko  planujemy  kolejna  eskapadę  wodniacką.  Hurra

No  i  oczywiście  zobaczywszy  jak  piknie  wygląda  marina  w  Nakle  wiemy  ze  nasza  kolejna  eskapada  na  housbothcie  będzie  właśnie  do  Nakła….Po  drodze  jest  8  sluz,  więc  się  będzie  działo.  Droge  chcemy  podzielić  na  dwa  dni…czyli  spokojnie i  delektując  się  widokami i  winkiem  w  lodówce….pierwszego  dnia  popłynąć  do  Gwiazdy.  Tam  grill,  nocleg i  impreza….a  drugiego  dnia  planujemy  wyruszyc  do  Nakła….JUZ  SIĘ  NIE  MOGĘ  DOCZEKAĆ….

 

...

  EU

Rezerwacja

Lista ofert - Czartery

Naszą stronę przegląda teraz

Naszą witrynę przegląda teraz 10 gości 

Szukaj

Logowanie