Rezerwacja online
NIE MA TO JAK HOUSEBOAT!Jest w Bydgoszczy od jakiegoś czasu super atrakcja !!! Jeśli choc troche lubi się wodę, przygody, piękne widoki ,robienie kapitalnych zdjęć, moczenie kija albo nóg w wodzie…a poza tym ceni się oryginalność, komfort, wygodę, elegancję i święty spokój…a nie koniecznie marzy się od razu o tygodniowym rejsie transatlantykiem, to można wynająć sobie super komfortowa barkę…taki pływający dom..np na weekend! Zabawa z takim pływaniem po miescie i poza nim jest kapitalną formą spędzania czasu no i świetnym- super odjazdowym do tego ruchomym miejscem spotkań z przyjaciółmi! Można mieć niezłą frajdę kręcąc się tylko w pobliżu Wyspy Młyńskiej, Rybiego rynku i przy hotelu Słoneczny Młyn, wyłażąc na brzeg w tych miejscach i poza rozejrzeniem się po okolicymożna przy okazji zwiedzić oryginalny budynek muzeum sztuki współczesnej, albo urokliwy domek z malarstwem Wyczółkowskiego na wyspie młyńskiej. Na Rybim Rynku można zacumować przy spichrzach w sąsiedztwie barek-pabów, gdzie można strzelic sobie piwko ( nie zalecane dla kapitana, ale majtki mogą sobie golnąć). Z kolei przy hotel Słoneczny Młyn jest fajny pomost z kładeczką, bardzo wygodny dla żeglarzy-laików, bo nie tylko łatwo tam przybić, ale też można pobiesiadować i pokawkowac na pięknym tarasie mając łajbę cały czas na oku! Jeszcze większą gratką z pewnościa jest pokonywanie śluz, (których w Bydzi jest pod dostatkiem) właśnie tym DOMEM NA WODZIE! Odważniejszym polecam też wybranie się do Brdyujścia i obejrzenie toru regatowego! A jak ktos już poczuje się na tym hous-boat tak jak my po 2 dniach na nim spędzonych, czyli jak przysłowiowe ryby w wodzie., .to polecam kilkudniowa wyprawę do mariny w Nakle… Sama jak .na razie to tylko o tym marzę, bo się o tym naczytałąm, o rozlewiskach Noteci, o urokliwych zakątkach, o ślicznych widoczkach i milusich zwierzakach które można podglądać z wody, ale kurna Olek..nie mam jeszcze urlopu. Natomiast mam z pewnościa straszna ochotę by wybrac się włąśnie tymi śluzami do Nakła! Mam nadzieję ze wkrótce nam to wyjdzie, bo ostatnio sami sobie zrobiliśmy niedzwiedzią przysługę, bo przez te nasze zachwyty, achy i ochy….terminy wynajęcia łodzi sa już tak przerzedzone jak włosy mojego mężunia na głowie!!!!
Frajdę w postaci wynajęcia, czyli wyczarterowania tej eleganckiej i przestronnej łodzi na weekend może sprawić sobie absolutnie każdy średnio rozgarniety człowiek w wieku od 18 do 100 lat. Pływanie nią nie nastręcza zadnych trudności i nie wymaga ani specjalnych umiejętności, ani uprawnień czy patentów . Każdy wesoły i otwarty na przygody człowiek świetnie sobie z tym sprzętem poradzi. To pewne bo skoro poradziłam sobie ja Lucynka-stary cykor, beztroski kawalarz, niepowazny huncwot i obibok, który nie lubi się przepracowywać…to znaczy ze sprawa jest na serio prosta, lekka i przyjemna!!! Jestem zachwycona i strasznie się cieszę ze cos tak extrararownego jest i to nie na drugim końcu świata tylko W NASZEJ BYDZI!!! BARKA 2012-06-30Ale jajca… jest piękna…upalna sobota….o przepraszam była! Jeszcze jakieś 10 minut temu gdy pan Mirek opowiadał nam pokrótce co i jak …(tzn gdzie jest ster, a gdzie „ogon”, co to takiego kotwica i inne szczegóły z serii JAK ZOSTAC WILKIEM MORSKIM)..a tu się nagle pogoda SPSIŁA! Nie wiadomo skąd przygnało wicher arktyczny, chmury jak Godzille i burzę z piorunami. Może troche przesadzam, ale jaak nie powieje i popchnie nas na środek rzeki, jak deszczysko nie zatnie i zmoczy mi wspaniałą marynarska czapke z daszkiem z napisem kapitan, zakupiona w Kołobrzegu na straganie przy latarni….to na moment stracilismy cały animusz! Na szczęscie w 5 minut gdy tak nami miotało…a i my się miotalismy : zawracać? Nie zawracać?.Dzwonic do pana Mirka? Nie dzwonić? Nadawać morsem SOS, czy może jeszcze nie? I wtedy .dostrzeglismy policyjna motorówkę przy brzegu. Zatem po dziesięciu minutach zmagania się z wiatrem w oczy, chmurami jak góry i piorunami jak smoki…..dobilismy na przekór wszystkiemu do brzegu…tuż za …motorówka…policyjną. Ona już tam stała, i wcale nie miała włączonego koguta i zupełnie nam nie wygrazała…po prostu stała sobie rekreacyjnie… Zatem nie wiele mysląc, bo skoro niebiescy zaparkowali dopiero co, to i my damy radę! A zatem obraliśmy za cel i kierunek nabrzeże ,gdzie stała miotana falą smerfna motorówa . Pomysł okazał się dobry, bo przy takim wietrze i w burzy chyba nie jest zbyt dobrym pomysłem siłowanie się z wiatrem i płynięcie na przekór burzy. Zatem wyjątkowo zachowaliśmy się logicznie i rozsądnie, co tak normalnie rzadko nam się zdarza…..Zacumowalismy obok motorówki. Nadal nie bardzo pamiętam jak to się nam udało. Zwłaszcza ze gdy zbliżyliśmy się na odległośc metra od brzegu i Kuba polecił mi skakac na brzeg z liną i jak najszybciej umocowac ją do czegoś na brzegu…,..ogarnęła mnie dzika panika. Pomyślałam ze jak wyskocze z łodzi to z pewnościa wpakuję się do wody, a nie na nabrzeże no i będę cała ogloniona od rzęsy na wodzie, a ja przeciez mam piękne białe marynarskie spodenki, śliczne białe kozaczki, piekną koszulke w pasy biało-granatowe z kotwicą, no i czapkę kapitana! O białych , czadowych, skórzanych rękawiczkach bez palców nie wspominając. Pomyślałam sobie : co to , to nie! Nigdzie nie skaczę! Niech ten mój Kuba nie będzie taki mądrala i nie każe mi wykonywac zawsze czarnej roboty. Uparłam się ze ja go zastąpie przy sterze, a On niech sobie skacze z ta liną i zawiązuje ją na czym i jak chce! Wzniósł tylko oczy do nieba i wyskoczył, ku mojej rozpaczy nie potknąwszy się , nie zmoczywszy się i nie uszuszwoliwszy się rzęsą ani innymi glonami z rzeki. Czulismy się jednak nader bezpiecznie…wcale nie dlatego, ze już nie kapało nam na głowe i nie dlatego, ze staliśmy , a nie miotało już nami zygzakiem od brzegu do brzegu, ale bardziej ze względu na urocze sąsiedztwo policyjnej motorówki!!!! Zatem czując już niemal grunt pod nogami, bo w końcu jeden koniec lódki był już zacumowany….pobiegłam rączo udając bohaterkę do tyłu. Zwiewnie wysiadłam na nabrzeże i zaczęłam uwiązywac druga linę łodzi do drzewka….Niestety drzewko nie bardzo chciało współpracować bo okazało się krzakiem agrestu i nie dośc ze mnie pokłuło, to jeszcze mój oficr nawigacyjny orzekł ze z pewnościa nie jest to drzewo tylko kawał patyka z listkami i absolutnie nie nadaje się do cumowania…. Znalazł się mądrala…. Kiedy Kuba rozgladał się za czymś do czego moznaby przywiązac druga linę, ja jak zwykle niepoprawna optymistka, przywiązałam druga linę do motorówki policjantów…co nie wiedzieć czemu tez nie spodobało się Kubie. Doszłam wówczas do wniosku, ze musze koniecznie zmienić załogę, bo ten majtek od cumowania, który ze mną płynął- mój mąż zupełnie się nie nadawał.W końcu ja jako kapitan i zona powinnam siedzieć w wygodnym fotelu przy sterze, oczywiście nie w celu kierowania statkiem tylko w celu „ładnie wygladania na zdjęciach” a On powinien wykonywac wszystkie niezbędne czynności należące do załogi. Przeciez czapkę kapitańska miałam tylko ja, więc co tu dyskutowac do kogo jakie czynności należały???. W końcu udało nam się jakos powiązać obie liny w węzły, chyba bardzo skomplikowane i nikomu dotąd nie znane, bo jak na chwile wyszedł jednen z panów policjantów-patrolujących pewnie tą motorówką rzekę….wybuchnął niesamowitym, szczerym, głośnym śmiechem spojrzawszy na nasze węzły, ( a dokładniej na mój węzeł tzw na okrętkę). Najwidoczniej mój węzeł tak mu się spodobał, ze poleciał po aparat fotograficzny i głośno cos pokazując swoim kolegom fotografował go zawzięcie…. Jak nic , zobaczę jeszcze moje dzieło na jakims nagrodzonym zdjęciu marynistycznym…Wszystko to oczywiście odbywało się znów w pełnym slonku, bo zaaferowani uwiązywaniem statku nie zauważyliśmy jak burza gdzies zniknęła i znów wyszło słonko. Tak samo poszła szybko jak ni stąd ni zowąd się pojawiła….no i ledwo zeszłam na ląd , a już trzeba było zwijać linę i wracac na pokłąd. Zwinąc line nadzwyczaj łatwo mi się udało, bo lina sprawiała wrażenie raczej nie bardzo skrępowanej. Zatem łatwo odczepiłam naszą barke od motorówy policyjnej, Tyle ze nie raczyłam jej porządnie zwinąć i wywaliłam się przez nia jak długa na mokrej i śliskiej trawie. Naturalnie włos mi z głowy nie spadł, ale umorusałąm okropnie moje nieskazitelnie białe spodenki! Fuj! Właściwie od razu po powrocie na pokład można było ruszać z powrotem na rzekę, ale stres związany z załamaniem pogody, grożącym nam niebezpieczeństwem ( chyba bardziej z powodu wrzasków jeden na drugiego), ponad to moje rozgoryczenie ubrudzeniem ubrania spowodowało, ze wstrzymałam na jakis kwadrans wypływanie…w którym to czasie przebrałam się w marynistyczna spódniczkę, biało-branatowe kolanówki i piracka apaszkę. Kiedy byłam gotowa, Kuba pokiwał tylko zniecierpliwiony głową, co miało oznaczać: CZY MOŻEMY JUŻ ODBIJAĆ DO Świetej Anielki, czy jeszcze będziesz wkładąc jakis kapelusz rybacki?.....Och! Ci mężczyźni to się na niczym nie znają. Mój oficer nawigujący, a jednoczesnie majtek, bosman i całą załoga w jednej osobie rozsiadł się wygodnie na krzesełku turystycznym przy sterze..na przednim pomoście z małym daszkiem i z powazna mina uruchomił po raz drugi barke……Odbiliśmy niespiesznie od brzegu i posuwaliśmy się powoli wśród tataraku i cudnych grzywieni na rzece. Oczywiście narobiłam chyba z 50 zdjęć tym ślicznym żółtym kwiatkom rosnącym na wodzie, a potem weszłam do pierwszego przeszklonego pomieszczenia z super widokiem i usiadłąm sobie z aparatem na wygodnej kanapce. Połowe zdjęć oczywiście musiałam skasowac bo były albo nieostre, albo poruszone. Ale część z nich zdobi aktualnie nasz Album Przygód. Korzystając z wolnej chwili rozejrzałam się po bareczce….. Warunki na tej barce sa rewelacyjne…..a z tego co powiedział nam pan Mirek to jest woda , gaz i prąd… łazienka .grill, telewizor, radio, odtwarzacz CD !!! … Wszystko działa, jest nowe, piekne i w ogóle mucha nie siada!… ….. Siedziałam zatem na kanapce i gapiłam się początkowo na wyposarzoną kuchnię potem w aparat a potem w okienka… podziwiając widok dzikiego nabrzeża, .a tam po chwili znów zaczął padać deszcz Ale tylko chwilowo, bo jakies 5 minut dla urozmaicenia i by pokazać nam wszystkie uroki zeglowania… W końcu ..jak się okrętowaliśmy upał był nie do wytrzymania, po prostu żar lał się z jasnego nieba….. Jak tylko odbiliśmy zaczęło się chmurzyc i w kwadrans potem luneło! …Z pewnościa po to , by efekt był pełen , niebo zaczęło znowu błyskać i pomrukiwac groźnie… Ale tym razem gdzieś z oddali. No i oczywiście za chwile znów ciemna chmura gdzies przepadła, a słonko prażyło pieknie dalej. Mój Kuba wygladał troche jak hipopotam wyciągniety z brei,, bo nie dośc ze zmókł jak przybijaliśmy do policyjnej motorówki, potem uciapał się mokra , brudna liną, a potem jeszcze powtórny deszczyk poprawił mu fryzurę..na irokeza. Nie dopłynęliśmy jeszcze do Słonecznego Młyna, a mój personel pokładowy zaczął grożnie na mnie łypac. … Kubusiowi zaczęło burczeć w brzuszku……Jezu! Nie pomogły nawet moje perswazje ze przeciez się odchudza i ze nie mineło jeszcze nawet trzy godziny od momentu gdy siedział za stołem. Zatem nawet gdyby był łakomym niemowlakiem nie powinien jeszcze wrzeszczeć ze jest głodny….a jednak Doprowadza mnie do szaleństwa….zwłaszcza ze sama raczej nie jestem zdolna do uruchomienia grila….zewnetrznego, zatem mogłam póki co zaoferowac Kubusiowi jedynie surowe szaszłyki i równie surowe, tyle ze uciapane w przyprawach skrzydełka kurczęcia ..Nic tylko dzwonic po pizzę... Stanęliśmy zatem przy Młynie…cudem bez trudu i perturbacji. Pokroiłam pomidorki, mozarelle i awocado z bazylią i w ten sposób szybko naszykowałam coś lekkiego do zjedzenia .Rozwaliliśmy się do jedzenia na kanapie… bo pokład jeszcze sechł. Migiem wciągnęliśmy pomidorki i własnie rozkosznie się przeciągaliśmy po jedzeniu…..a tu .kanapa podchwyciła nasz nastrój i zaczęła się po prostu rozkładać! Niby logiczne, bo : Przycumowaliśmy - nie płynęlismy…. oboje byliśmy na kanapie…wiec cóż tu robić!? Wcale jej się nie dziwie. (.tej kanapie ). ze jak na klasnięcie zjechała w dół i rozłożyła się w pomieszczeniu -salonowym …całkiem poziomo.… No po prostu siwy dym! Sodoma z Gomorą. Ciekawe czy Ona ( ta kanapa) zawsze się tak zachowuje, czy tylko jak wyczuje wyuzdanych osobników!?. A zatem jak na razie nasz rejs składał się z zaokrętowania , odpłynięcia z pomostu po manewrach ćwiczebnych i prędkiego dopłynięcia z powrotem do brzegu…tyle, ze 200 metrów dalej i po przeciwnej stronie rzeki…bo nas zniosło!!! No i wreszcie do dopłyniecia do Młyna… celem zjedzenia małego co nieco..cdn Godzine później… piękne słonko, upał, …prawie plaza…..Nikt już nawet nie pamieta nawałnicy sprzed pół godziny….. Żaby kumkają, ptaszki śpiewją, a ptaszory mrugają na nas,,,A nie sa to byle jakie mrugacie, bo to sa dzikie gęsi, co rusz podrywające się jak wodoloty do lotu, wrzeszczące (jak oszalałe ) mewy, albo rybitwy , nigdy tego nie wiem, ale jak słyszę ten wrzask to mi się tylko i wyłącznie Ptaki Hitchcocka przypominają. Był też ( jak Babcie kocham)…CZARNY KORMORAN!!! Ładny czad, co? Oczywiście wszystko tak szybko schnie na pokładzie ze nie ma już pół kropli wody i właściwie gdybym teraz wsiadała na pokład to wysmiałabym Kubusia i podejrzewała o objawy wytwórcze, gdyby powiedział mi ze przed chwila schronił się przed burzą, co kot wyskoczy w maluśkiej stanicy chyba policyjnej, ( chyba ze ich motorówka stoi tam ze względu na mieszkająca w sąsiedztwie kochankę? Albo może tam , blisko brzegu ryby najlepiej biora, albo w tym pieknym starym domu, należącym chyba do żeglugi…popełniono jakąs makabryczna zbrodnię i stad tam ta jednostka policji… oj chyba za dużo się kryminałów naczytałam…) i do tego ze widział czarnego kormorana. ALE TO PRAWDA! No w każdym razie spojrzawszy w tej chwili na niebo…bezchmurne, uśmiechnięte i bez nawet małego sladu groźnej nawałnicy, która teraz zapewne odwiedziła miasteczko na T pod Solcem i kto wie, czy wietrzysko nie szepcze w tym momencie TO ruń!!!! (Nie żebyśmy z tego powodu płakali….niech się dzieje wola nieba…z nia się zawsze zgadzac trzeba Mocium Panie) A w Bydzi….. po prostu pełnia lata….. Płyniemy sobie beztrosko. Ptaszki spiewają, zaby kumkają, wazki latają. Kuba szczęsliwy ze odzyskał panowanie nad sterem, które w pewnym momencie zabrała mu wichura i tylko patrzec…o tam tam..O!…przybijamy do BTW…dawnego, bo teraz to jakas siłownia i knajpa Zatoka na górze! Dyskretnie udajemy się na małe siusiu, co by nie zasikac zbyt szybko naszego slicznego pokładowego kibelka! Potem rozglądamy się za naszymi córkami…..a tu nagle na pokład wparowują Sikorki- nasi przyjaciele z przysmakami dla żeglarzy…do tego ni stąd ni zowąd pojawiają się nasze latorośle, czytaj nasze córki i …w bonusie jeszcze Markowscy!!!!! Jak widac pół Bydgoszczy zwiedziało się o naszej rzecznej eskapadzie i wszyscy jak jedne musieli koniecznie to zobaczyc na własne oczy! Alez było milutko!!! Pijemy sobie szampana na pokładzie. Sikorki i MArkoscy oglądają pokład, nasze szalupy i cały hous both… Ogląda tez paru przypadkowych przechodniów i gości Słonecznego Młyna… co na gape z nami popłynęło do centrum, bo najpierw myśleli ze to tramwaj wodny, a kiedy się zorientowali ze nie za bardzo, ryknęli smiechem i chyba za to poczucie humoru postanowiliśmy ich przewieźć! Innym którzy tylko pytali nas, czy jesteśmy tramwajem…jedynie .udostepnilismy ulotki o wynajmie i o możliwości wyczarterowania…z uśmiechem i miną dumnych właścicieli, którymi nie jesteśmy…..ale kto wie. Sikorki nagrzali się tak bardzo , ze zarezerwowali już sobie rejs do Nakła na dłuższy weekend w sierpniu, Markowskie chca z nami popłynąć teraz , zaraz, już i jeszcze potem , jak się da to jeszcze w lipcu w kierunku śluz. Tamci z hotelu zdaje się, ze tez na kiedys się klepią…zatem …. się ruch zrobi…. mówię Wam.! cdn. A ja wkrótce przesle drugi odcinek, bo to dopiero połowa przygody Cd BarkaChłopaki ( Sikorek, Artysta i Mój majtko-bosman) zaczeli rozgryzac sprzet na barce. Sikorek oglądał silnik z każdej strony, a ze jest wprawionym zeglarzem oczyścił nam go z wodorostów, których my0stare sieroty nawet nie zauważyliśmy. Artysta zaczął bawic się pokrętełkami od grila i tylko przez przypadek nie wywołał jakiejs małej eksplozji butli z gazem, a moja załoga-Kubuś wyszedł odświeżony z pokładowej łazieneczki wziąwszy wcześniej prysznic i oświadczył bardzo z siebie zadowolony ze „-wszystko super działa , tyle, ze zużył całą wodę!!!! Ten to zawsze potrafi jednocześnie świetnie się urządzić i jednoczesnie załatwić na cacy całą resztę. Dzieku Bogu jedna i panu Mirkowi…..z przewagą udziałów pana Mirka, pod ściana łazienki był zapasik kilku baniaków wody, którą można było uzupełnic zbiornik! Powoli płynęliśmy podziwiając nasz cudny gród nad Brdą w kierunku wyspy młyńskiej. Z wody wszystko wyglada zupełnie inaczej. W dawny pałacyku Loyda czyli siedzibie żeglugi można się po prostu zakochać, taki to sliczny budynek, nowoczesne budynki BRE banku tez prezentują się elegancko i jakos tak dostojnie od strony wody. Poniemiecka cegła poczty lśni w słonku w blasku rzeki, a spichrze wydają się wieksze i okazalsze. Ptrzechodzacy przez rzeke niemal wskoczył nam na pokład zachwycony statkiem równie mocno jak my, aleśmy mu wyperswadowali, żeby ostał się nad rzeką, bo będzie go zapewne straz miejska szukała, a my nie chcemy mieć z tymi goścmi do czynienia…. Wzruszył na to tylko ramionami rozumiejąc nasze antypatie i straciwszy równowage niemal fiknął kozłą do rzeki, ale jakoś w ostatniej chwili zbalansował chwianie się patykiem który trzymał. Odetchnęliśmy z ulga i kiwając do przechodniów na moście popłynęliśmy dalej.. Przepłynąwszy pod mostem fotografowaliśmy z uporem maniaka jazz farny, kościół farny, a potem biały spichrz. Opera nie zmieściła nam się w kadrze, bo jak odwróciliśmy w jej kierunku obiektyw byliśmy już od tego kolosa o krok, wiec robienie zdjęć sensu nie miało bo wyszedł by nam tylko betonowy krąg. Woleliśmy zatem zwrócić rozanielone spojrzenia na młyny Rottera i nowoczesny budynek przyszłej mariny tuż przy starych młynach. Pokręciliśmy się po rzece przyglądając się i fotografując tętniacą życiem całą wyspę młyńską, a kiedy to nas już zmachało zacumowaliśmy powolutku na pomoście w miejscu przeznaczonym PÓKI CO DLA TRAMWAJU WODNEGO… No i super wyszło bo jak tylko podpłynęliśmy ludzie gremialnie przekonani ze oto podpłynął nowy tramwaj wodny, zaczęli wypytywac nas o ceny biletów. Pierwszym osobnikom grzecznie wytłumaczyliśmy ze nie jesteśmy tramwajem, ze to statek który można wynając i samemu sobie można być sterem i okrętem. Nastepnym ciekawskim powiedzieliśmy ze nie jesteśmy tramwajem ale rozważamy rejsy pasażerskie. Kiedy jednak drzwiami i oknami zaczeli walic inni zainteresowani przejażczką po rzece, byłąm już gotowa zacząć sprzedawać bilety na tramwaj wodny…za jakies powiedzmy 10 złotych, ale moja załoga oburzyła się ze robie sobie jaja i chyba tęsknie jednak za strażnikami miejskimi, do których faktycznie mam wyjątkowa słabość ( objawiająca się strzelaniem do nich z procy, albo przywłaszczaniem sobie ich żółtych blokad samochodowych). Sprawa na szczęscie czy handlowac biletami, czy nie rozwiązała się sama bo nagle pokonawszy śluzę zaczął na nas trąbić prawdziwy tramwaj wodny. Początkowo myśleliśmy ze to miłe zeglarskie pozdrowienie, zatem kiwaliśmy do tramwaju przyjaźnie ale gdy okazało się ze jego trąbienie znaczy nic innego jak : SPŁYWAJCIE Z NASZEGO PRZYSTANKU, BO NIE MAM KURDE GDZIE ZACUMOWAĆ!...przestalismy spontanicznie m achać i oddaliliśmy się od nabrzeża…I dobrze bo na Rybim rynku już czekali kolejni znajomi, którzy niecierpliwili się ze nie widzą zadnej nowej szalupy na Brdzie i już podejrzewali nas o wymyślactwo, koloryzowanie i zwykłe zmyslanie ze niby wynajęliśmy krype na weekend. Przekonali się zatem na własne patrzałki po 10 minutach, ze jak najbardziej nie fantazjujemy,, wrecz przeciwnie pływamy hous-boatem po Brdzie i nie tylko świetnie się prezentujemy na lej luksusowej łajbie, ale nawet sobie radzimy! Nie omieszkam dodac, ze w trakcie przystanku na wyspie młyńskiej zdarzyłam dwukrotnie zmienić swoja garderobe z marynarskiej, na jeszcze bardziej marynistyczną. W końcu jak na pokładzie jest przestronna szafa dwudrzwiowa z wieszakami na ciuchy i jeszcze komoda z szufladami, tez na garderobę to mimo ze okrętowałąm się tylko na dobę, ale zabrałąm gadzetów w paski, spodenek z plótna zaglowego, sukienek w kotwice, opasek pirackich, czarek kapitańskich, kapoków rybackich…nawet przez przypadek sieć wziełam, bo zaplatałą mi się o nia bransoletka z muszlami i rozgwiazda, wiec co miałąm począć???? Zabrałam też wiklinowe kosze piknikowe ( trzy) z plastikowymi naczyniami i kieliszkami, ale jak się okazało zupełnie niepotrzebnie bo na pokładzie do dyspozycji jest całe wyposażenie kuchni od sztućców, poprzez szuszu półmiski, ekspresy do kawy, po garnki i tarkę do sera, nie pomijając kieliszków do szampana! Zatem wiklinowe kosze raczej służyły ozdobieniu pokładu niż jakimkolwiek praktycznym celom. Zanim wpuściliśmy na pokład znajomych którzy przyszli do nas dołączyc na Rybim rynku…wysłaliśmy jeszcze męska częśc ekipy po szampany dla części kapitańskiej, czyli- nas - kobiet pokładowych. W końcu personel ( bosman i majtkowie, oraz oficer nawigator pic nie powinni, co szybko ustaliłyśmy, obiecując chłopakom ze odbiją sobie to wieczorkiem w marinie, przy grilu, gdy już nie będziemy się poruszać na wodzie) Chłopacy wrócili na pokład z chłodnymi szampanami dla nas , zatem by nie dopuścić do ich nagrzania….szybko się z dziewczynami nimi zajęłyśmy. Dlatego dalsza część relacji może być lekko mglista….. Już na widok oszronionych butelek humor nam się poprawił, a na działąnie boskiego płynu w takim upale nie trzeba było długo czekac. Już po pierwszym kieliszku byłyśmy nader towarzyskie, przyjazne i spragnione kontaktu z przechodzącymi w pobliżu bydgoszczanami….. Kiwałyśmy do wszystkich, przesyłałyśmy rzeczne pozdrowienia innym jednostkom pływającym, czyli tramwajom, motorówce policyjnej i tratwie z nowożeńcami z knajpy” Zatoka. Dalszy odcinek OD Bernardyńskiej po Krakowską zajęło nam ciekawe rozgladanie się na boki, podziwianie przyrody, kiwanie wędkarzom i przechodniom oraz fotografowanie wszystkiego co się da, nawet zabawnych grafiti na murach przed Media Markt” Kiedy minęliśmy barkę melody….mielismy już na pokładzie kilka zimnych piwek, które chłopacy w jakis szybki i cwany sposób „ nabyli droga kupna” od barmanki z Melody. Nastepni nasi przyjaciele czekali już na nas na pomoście Słonecznego Młyna…z pojemniczkami pełnymi ulubionego sushi…bo nowy bar sushi otwarto na Jagiellońskiej, przed media markt- na wysokości kładki. Z apetytem, mimo ze bezustannie cos jedlimsy lub pilismy na pokładzie, bo jak wiadomo spozywanie na Świerzym powietrzu zaostrza apetyt. Choc byliśmy po chyba pół godzinnym , niezłym obżarstwie prawdziwymi patologicznymi kulami…to zamówiliśmy sobie jeszcze kawke na wynos na tarasie. Alez sielski anielski dzień! Palce lizać! C d nastapi Cd2 BarkaCóż….życie na barce to piekne życie, zwłaszcza jak jest przepiekna pogoda, ma się przed sobą wolny dzień, jest się w miłym towarzystwie i do tego trzyma w ręku zimny kieliszek szampana…..Jedynym mankamentem jest tylko trzeźwy jak śiwnia oficer nawigator, który nie cieszy się tak ja my z niczego, nie chichocze rozkosznie ..tylko stale każe nam wiazać linę, wysiadać cumować, nie wychylać się , nie zasłaniać mu widoku przy sterz…..Cóż za sztywniak, ale taka to już jest różnica w postrzeganiu świata w zależności od tego ile się ma we krwi promili….a MY- kapitanki miałyśmy niewątpliwie we krwi same bąbelki z szampana, zatem na wyszukane i skąplikowane konwersację lub wywód naukowy z naszej strony raczej nie można było liczyć. Jednak mocna kawa (początkowo z expresu pokładowego, a nastepnie zamówiona na wynos i podana nam na pomoście przez wyrozumiały personel hotelu Słoneczny Młyn, a wypita na pokładzie, gdyz nie chcieliśmy się nigdzie ze statku ruszać….zreszta we Młynie zdarzyliśmy już być 2 godziny temu, zatem traktowaliśmy przystań hotelowa jak zaprzyjaźniona bazę)..nieco otrzeźwieliśmy i mocno się orzywiłyśmy. Chłopakom jak widać starczyła zabaweczka w postaci steru, przy którym zmieniali się ochoczo i próbowali różnych manewrów na rzece. Na szczęscie nic wtedy nie płynęły bo te ich manewry raz wychodziły lepiej a raz troche mniej lepiej i przez moment miałyśmy wrażenie, ze nie bardzo jest związek między tym w która stronę kręci się sterem a ruchami statku….bo chłopacy szałaputy nie do końca uwzględnili siłę bezwładności statku. Oczywiście jak głosno wypowiedziałam takie mądre zdanie….zasłyszane wcześniej od pana Mirka….to cisza się na pokładzie zrobiła i nawet statek zatrzymał się grzecznie na moja cześć i ku zdumieniu chłopaków-niezguł jednych. Oczywiście oficer-nawigator, czyli Kuba , który miał już z nich najwiekszą wprawę poczuł wówczas powołanie dydaktyczne i dumny ze swoich umiejętności zaczął perorować właśnie o prawach fizyki w odniesieniu do „ciała poruszającego się z prędkością …i do siły działającej odśrodkowo…..(cokolwiek to znaczy, wygladał wówczas, pewnie dlatego ze akurat stał za sterem jak prawdziwy kapitan….zatem na te pare chwili pozyczyłam mu swoja czapkę.. Niby była mu za małą ale jakos się nie opierał. Jednak co czapka kapitańska to czapka. Nawet ja z moim metr sześćdziesiąt w kapeluszu…budzę w niej respekt!....Ptrzynaj,mniej tak sądziłąm gdy siedząc w niej w samochodzie po stronie pasażera, dokądś jechalimy. Kierowcy, którzy nas mijali, jakos tak z podziwem i szacunkiem na mnie patrzyli….tak mi się przynajmniej wydawało. Do tego głowe daję ze dawali tez po hamulcach jak jechali zbyt prędko. Całą byłam dumna i blada, ze nawet przyhamowują, pewnie dlatego żeby mi się lepiej przyjrzeć…takiej kapitance…..Kuba jednak szybko zburzył moją super wizję, bo powiedział do mnie naśmiewając się z mojego zadowolenia: -MATKA! ONI WSZYSCY MYŚLĄ ZE JESTEŚ GLINA W NIEOZNAKOWANY SAMOCHODZIE BO WYGLADASZ W TEJ CZAPCE Z DASZKIEM NA MUNDUROWĄ, A NIE NA WILKA MORSKIEGO! ZDEJMIJ JA LEPIEJ BO NAM KŁOPOTÓW NAPYTASZ! W KOŃCU ŻADEN SZANUJACY SIĘ KIEROWCA NIE OSTRZEZE NAS SWIATŁAMI ZE GDZIES W KRZAKACH STOJA NIEBIESCY, JAK ZOBACZA ZE JADĘ Z „POSTERUNKOWĄ-NIEZGULĄ”! Ależ mnie tym zdołował., ale może miał rację, wiec niepyszna zdjęłam czapkę…. Nasz dalszy rejs odbywał się na bardziej dzikich wodach, czyli od tessco w kierunku Brdyujścia. Nabrzeże jest tam raczej zaniedbane, bo nie utwardzone, czasem krzaczorowate, czasem wydeptane przez moczy-kijów, czasem przez meneli…pewnie nieraz przez kozy, które widzieliśmy chyba z 5 na wysokości Fordońskiej. Pojęcia nie mam czy to czyjeś hodowlane były? Ale toz nie dzikie? Chociaz czy ja wiem po czym poznać czy koza jest oswojona i kontaktowa, czy dzika. Jedna i druga z tego co dopwiedziałąm się od pewnego tramwajarza…ups przepraszam motorniczego, wszystko zeźre! Wiele lat temu, będąc nastoletni do tego dość cherlawą dziewczynką zdażyło mi się wracać do domu dośc późno ok. 22 nocnym tramwajem, czerwonym, starego typu, jaki to wówczas jeździły. Tramwaj miał ręcznie zasuwane drzwi, zreszta cholernie ciężkie. Kiedy wskoczyłam zadowolona do wagonu ciesząc się ze zdążyłam na ten tramwaj, bo czekałabym potem do 5 rano na nastepny, nie zasunęłam za soba drzwi. Takie drzwi były cholernie ciążkie i z reguły się zacinały. Ja znając swoje możliwości i tężyzne fizyczną doskonale wiedziałam ze taka sztuka jak proste zasunięcie tych drzwi łatwo mi nie pójdzie, zatem od razu dałam sobie spokój, licząc na to ze jeszcze ktoś postawniejszy ode mnie wsiądzie i zatrzaśnie je silnym ramieniem. Nikt jednak już za mna nie wsiadał a ze było dośc chłodno, odwrócił się do mnie motorniczy stojący z przodu wagonu dzierżąc wajhę czyli takie pokrętło kierownicy i wrzasnął do mnie: -TE MAŁA! A DRZWI TO CO? KOZA CI WPIERDOLIŁA? Zamarłam analizując na swoich nastoletnich synapsach CO AUTOR MIAŁ NA MYSLI KIEDY WRZESZCZAŁ TO CO WRZESZCZAŁ? Zajarzyłam JEDNAK dość szybko, ale tak jak przewidziałam gdy zaczęłam próbować mocować sie z drzwiami, wyszła z tego tylko szarpanina, a drzwi nawet nie drgnęły…Po 5 minutach, motorniczy pozostawił samej sobie wajhę , może dlatego ze jechaliśmy Torunską, wiec prostą drogą….zjawił się na moim końcu wagonu i szarpnął drzwiami tak , ze aż podskoczyłam zamykając je z łoskotem…(jak wtedy pomyślałam: na amen! ) A na mnie spojrzaŁ z pobłażaniem i powiedział: TY TO MASZ BICEPSY JAK BOCIAN PIĘTY!. No i jak tu nie wyrastać w kompleksach? I teraz powinnam napisać coś w stylu: OD TEGO CZASU ZACZĘŁAM PODNOSIĆ HANTELKI, ALBO ZAPISAŁAM SIĘ NA ZAWISZĘ DO SEKCJI BOKSERSKIEJ, albo cos równie idiotycznego. Nic się jednak takiego nie zdazyło. MYslę ze gdybym teraz weszłą do takiego starego tramwaju z ręcznie zasuwanymi drzwiami, zachowałabym się tak samo, czyli ani myślałabym szarpać się z drzwiami, ale już od progu krzyknęłabym do motorniczego: DRZWI NIE ZAMYKAM, BO JE KOZA WPIERDOLIŁA! Wracając jednak do naszego rejsu i hous-boatu….płynelismy sobie spokojnie robiąc zdjęcia, bo przed Brdyujściem gdzie jest dziwko mieszka wiele pieknych gatunków ptaków. Nie specjalnie się na tym znam, ale jak już tacy laicy jak my sa w stanie rozpoznać czaple siwa i czarnego kormorana to jest gitara, prawda? Zatem napstrykalismy się jak szaleni. Część z nas zajęła się łabędziami, kaczkami, mewami i rybitwami, reszta roślinnością. A było co podziwiać. Po pierwsze o tej porze roku i w tak piekna pogodę kwitnie wszystko co się da, zatem były nie tylko kwiatki polne, ale mnóstwo żółtych grążeli, które ja zawsze mylę z nenufarami, bo te tez są pływające. Nie wazne zreszta które to z nich były ale było tego kilkanaście łach na wodzie i prezentowały się olśniewająco na Brdzie. Płynęliśmy potem wzdłuż zwałów drzew…oczywiście nie takich zwalonych przez burzę, tylko specjalnie zcietych i spławionych a do tego moczonych i opryskiwanych wodą wielkich konarach, z których później będzie się budować statki? Nie wiem, ale tylko mi tam flisaków brakowało i na widok tych wielkich bali i to całej ich masy przypomniały mi się stare zdjęcia Bydgoszczy, która swego czasu była jednym z największych spławiaczy drewna rzeką. Był to najtańszy transport drewna. A jaki uroczy i malowniczy? Kurcze! Przez moment poczuliśmy się jak w latach dwudziestych dwudziestego stulecia…Czar jednak prysł gdy do kogos zadzwoniła komórka….. Widok tych wielkich bali spławianych i zmaczanych jest jednak tak niesamowity i chyba już dość rzadki, ze warto choćby po to wybrać się w okolice stoczni remontowej. No i znów trafiłam na perełkę ( jak to w Bydgoszczy i jak to zwykle na Brdzie!) Jest kapitalna stocznia remontowa, w której stoją różnorodne statki, które zakończyły już profesjonalną karierę ale mogą i sa wykorzystywane w innych celach. Zreszta daleko nie sięgają MS Bydgoszcz, czyli pierwszy tramwaj wodny, który samotnie pływał jeszcze zanim pojawiły się na Brdzie słoneczniki, właśnie w tej stoczni był jak to się mówi przywrócony do życia, wydmuchany, wychuchany i jak wszyscy wiedza pływa do dziś, miewa się świetnie, a rejs na nim przez sluzy do Gwiazdy jest niezapomnianym przezyciem. Serdecznie polecam! Zaczęło powoli zmierzchac, mimo ze nie chciało nam się uwierzyć ze tak prędko może zlecieć cały dzień! Zaczęliśmy zatem wypatrywac powoli miejsca, do którego moglibyśmy bezpiecznie przybić, nie tylko by zrobić sobie grilową kolację na łajbie. I wypis zdrowie kapitana. Musieliśmy jednak sensownie wybrać miejsce postoju, bo jednoczesnie miało to być miejsce naszego noclegu. Wiadomo było bowiem ze jak całą załogą napijemy się piwka lub winka , co kto woli, o pływaniu nie będzie już mowy, chyba ze wpław! Wybraliśmy zatem za przyczółek na spoczynek….klub mors. Fajnie można było przybić….Pan „ marinowy” przywitał nas pomachawszy do nas wędką, z którą siedział na pokładzie wielkiej bary-pomostu!!! Czujnym okiem obserwował nasze manewry z dobijaniem do brzegu i dzieki jego radom ze „ a to w pobliżu jest kotwica, a to tam dla was za płytko, a to „dawaj dawaj w lewo”….bezpiecznie i bezkolizyjnie przybiliśmy w jedno ostałe się , pewnie specjalnie dla nas , miejsce parkingowo=-noclegowe. Kiedy już bezpiecznie przycumowaliśmy i dokonaliśmy drobnej opłaty za postój…przyłączyliśmy sobie prąd, by nie korzystać stale z akumulatora, dolaliśmy sobie wody do zbiorników i wyleźliśmy na chwile chwiejnym krokiem na ląd….Taki sobie syndrom marynarza, bo wszyscy jakos tak dziwnie się gibali i robili kacze kroki. O samym klubie zadnych zachwytów nie opowiem, bo zaplecze u nas jeszcze ciut kuleje, zatem gdy zeszliśmy na ziemię wyrzucic smieci i ewentualnie oddać mocz, bardzo pomógł nam alkohol we krwi, bo do siusiania służył na brzegu jeno jeden toi toi w dośc opłakanym stanie. Zatem na trzeźwo bym tam nie weszła. Ale zawsze można powiedzieć ze to była taka przygoda Jestem jednak dobrej myśli, bo jeśli takie zeglowanie będzie się u nas rozwijać, ludzie będą korzystać z możliwości jakie stwarza wynajęcie tramwaju lub dwóch tratw w knajpie ‘Zatoka” i hous-boat…i pewnie jeszcze czegos czego nie odkryłam a co już pływa… będzie konieczność zadbania i rozwinięcia tego zaplecza i na pewno, powstaną mariny z prawdziwego zdarzenia, czyli takie z woda, prądem, paliwem i przede wszystkim z prysznicami i ładnymi toaletami… .A jak znam życie , to jeszcze z uroczymi knajpkami, w których można by wieczorkiem pobiesiadować! Wieczoru naszej biesiady przy fantastycznym grilu pokładowym, (który w dodatku jest na gaz, wiec niepotrzebnie latalismy na Shela po węgiel!) nie będę już opisywać, bo poza tym ze były spiewy, były pyszne szaszłyki i wspaniały szampan..nie bardzo pamiętam. Wiem jedno ze obudziłam się około 5 nad ranem w wygodnym lózeczku na tyłach naszego hous-boatu przykryta elegancka pościółką, wypoczeta i zadowolona. A dlatego tak wcześnie, bo rozpoetała się kolejna burza. Wcale się zresztą nie dziwiliśmy temu, bo było cały dzień tak gorąco i duszno, ze wdzięczni byliśmy losowi, ze możemy ten czas spędzać na wodzie, gdzie lekki wiaterek osładzał nam Zycie i nie czynił upału morderczym jak w mieście. Buzra rozpętała się na dobre i to mnie obudziło, choć barka była dobrze zacumowana, staliśmy w klubie mors, wiec osłonięci od wiatru wielka barką, która stanowi jednoczesnie pomost i robi wrazenie nie wzruszonej zadną burzą i zawieruchą. Zatem mogliśmy sobie tylko z okienek oglądać widowisko z serii światło i dzwięk. Około 7 rano wszysko ustało, a ze słońce znów natychmiast po burzy wspięło się na niebo, pokład wysechł w mig i kiedy ponownie otworzyliśmy oczy około 9 rano, sami nie bardzo byliśmy pewni , czy ta nocna burza to nam się czasem nie przysniła…. Teraz zostały nam super zdjęcia, niesamowite wrażenia i odjazdowe wspomnienia, ale nie zamierzamy się na nich koncentrować, od tego będą zimowe wieczory. Zamawiamy znowu hous-bost na ostatni weekend lipca! A CO?! Do zobaczenia na Brdzie!!!!!! ACHOJ! ZWIEDZAMY NAKŁO……HA HA HAPojechaliśmy do słynnego Nakła nad Notecia…(GDYBY KTOS WYJATKOWO NIE WPADŁ SAM NA TO, O JAKIE Nakło chodzi…A może chodzić o jakieś inne? Sława Nakła siega przeciez nawet takiej przeciętnie znanej miejscowości jakim jest Nowy Jork na przykład… Pewnie zapytasz cóż my do cholery szukamy w jakimś Nakle!? Otóż w słynnym Nakle chcieliśmy obejrzeć marine…..i oczy faktycznie nam wyszły z orbit ..( no może ciut przesadzam)…bo z Unijnych pieniędzy powstała ( albo została nieźle reanimowana bo istniała od przed wojny) miejscowa przystań na Noteci. Wiesz przecież, ze nam nieźle odbiło na żeglugę śródlądową i tropimy wszelkie jej slady, resztki, ruiny…na naszych ziemiach ( mówie o naszym uroczym regionie, cobys nie pomyślała przypadkiem ze Kubie po raz drugi w życiu udało się mnie wywlec przez pół Europy…jak onegdaj na malowniczy , prymitywny ciek wodny zwany Saoną w wielkopańskiej Francji) Otóż odkrywamy to co jest względnie było lub na szczęscie jest w trakcie zmartwychwstawania z żeglugi śródlądowej…u nas! Jak się okazuje to co ukazuje się naszym oczom, to zgliszcza, resztki i wspomnienia dawnej świetności naszej bazy rzecznej ( Brdy zwłaszcza), któ®a w całej swej okazałości może przyćmić ( póki co w moich marzeniach) całą Europę….bo żeglowne rzeki to my mamy……Tyle, ze „zaorano mariny, popsuto lub rozkradziono, względnie zdewastowano wszelkie w nich instalacje , przestano dbac o rzeki gdy nie były już niezbędnym składnikiem transportu…..” A teraz chetnie by do tego wszystkiego wrócono. Na szczęscie nie brak jak widać ( patrz ja i Kubiusz, Rys Sikorek…i takie tam inne).. zapalone dusze, które chetnie pomogą temu „przemysłowi” się odbudować. Nawet biorąc pod uwage sama turystykę!!!! Kurcze! Każde misto któ®e ma rzekę MA SKARB….tyle ze na Zachodzie to się wie….a u nas dopiero się wpada na :dawno już wymyslony proch” No, ale lepiej późno niż wcale . Zatem przejechaliśmy się do Nakła, pokiwaliśmy głowami po oględzinach mariny, którą chętnie pokazał nam pan stróż…No i oczywiście co wymyśliliśmy? ….ZE CHCEMY ZROBIĆ IMPREZĘ W PRZYSZŁYM TYGODNIU NA ŁOKIETKU ( to taki statek spacerowy)….Wiem, ze mamy cos z głowa i jesteśmy nudni jak flaki z olejem z tymi imprezami na wodzie…ale kurcze….kręci nas to jak spławik ( o ile można tak powiedzieć….) Wprawdzie marina nakielska wymaga jeszcze uzupełnienia zaplecza o taki drobiazg jak …prysznice i łazienki….bo póki co w małym baraczkiem sa tzw dwa oczka….jesli wiesz co mam na mysli?... Ale nabrzeże wykonane jest po prostu filmowo. Cumować można elegancko i za darmo przez 5 lat, są słupki z dostępem wody, pradu…no i blisko jest stacja z paliwem. Poza tym teren jest ogrodzony i monitorowany….. maniana A zatem nic, tylko planujemy kolejna eskapadę wodniacką. Hurra No i oczywiście zobaczywszy jak piknie wygląda marina w Nakle wiemy ze nasza kolejna eskapada na housbothcie będzie właśnie do Nakła….Po drodze jest 8 sluz, więc się będzie działo. Droge chcemy podzielić na dwa dni…czyli spokojnie i delektując się widokami i winkiem w lodówce….pierwszego dnia popłynąć do Gwiazdy. Tam grill, nocleg i impreza….a drugiego dnia planujemy wyruszyc do Nakła….JUZ SIĘ NIE MOGĘ DOCZEKAĆ….
... |
Rezerwacja
Produkty
Naszą stronę przegląda teraz
Naszą witrynę przegląda teraz 3 gościSzukaj
Logowanie
Lista ofert - Czartery
projekt i realizacja: c-designer.pl
treść i materiały: La Mare


